piątek, 27 maja 2016

Mamine święto No2


Drugi dzień mamy już za mną. Aż sama w to nie mogę uwierzyć, że już drugi raz świętuje ten dzień razem z moim synkiem. Dni mijają, mój brzdąc rośnie i okazuje się, że już nie jest wcale taki mały. Kubulek razem z tatą kupił mi różyczki i dzielnie dzierżąc torebeczkę w którą były zapakowane przybiegł do mnie z przedpokoju do kuchni, wołając "mama, mama". Oczywiście otrzymałam przesłodkiego buziaka, któremu towarzyszył promienny uśmiech. Dla takich chwil warto żyć, przynoszą mnóstwo radości. 

W tym roku dzień matki zbiegł się z Bożym Ciałem, dzięki czemu mój kochany mężulek miał dzień wolny w pracy i mogliśmy go spędzić rodzinnie. Postanowiliśmy wykorzystać słoneczny dzień i wybraliśmy się na dłuższy spacer do szczecińskiego central parku. Zapakowaliśmy naszego szkraba do wózka i dziarskim krokiem powędrowaliśmy. 


Na Jasnych Błoniach spotkaliśmy dwóch panów którzy puszczali bańki mydlane, czym sprawili dużo radości dzieciakom. Biegały wokół nich i próbowały je łapać. O dziwo nasz boidudek, którego ostatnio ulubionym słowem jest "bam" sam wyrywał się do baniek i wdzierając się między biegające dzieci obserwował bańki i też próbował chwytać je w swoje malutkie rączki. Aż miło było patrzeć. 


Moje kochanie postanowiło odciążyć mnie od gotowania w dniu mojego święta i kupiliśmy sobie obiad prosto z food truck'a. Takim oto sposobem drugi raz w przeciągu tygodnia jedliśmy burgera w "Wół i Krowa". W sobotę byliśmy po raz pierwszy w ich stacjonarnej restauracji i tam próbowałam Ser Burgera, a wczoraj postawiłam na Klasyczną Mućkę prosto z food truck'a, Arturo uwielbia wszystko co ostre w związku z czym dwa razy jego wybór padł na "Piekło w Gębie". Co prawda nie należymy do jakichś fast food'o maniaków i smak buły nie powalił nas na kolana, ale pewnie jeszcze kiedyś odwiedzimy to miejsce, bo zaintrygowały mnie nazwy pozostałych burgerów i postanowiłam je kiedyś spróbować. 

Cały nasz spacer zajął nam 3 godzinki. Nawdychaliśmy się świeżego powietrza, a Kubulek podczas powrotu do domu nawet zaliczył drzemkę. Miło spędziliśmy dzień. Cieszę się, że teraz jest coraz więcej takich słonecznych dni, dzięki czemu częściej będziemy mogli robić sobie takie popołudnia na łonie natury.

Etykiety:

czwartek, 19 maja 2016

Z inhalacjami za pan brat


Już nawet nie pamiętam kiedy pisałam Wam o tym, że Kubulek jest chory. To już chyba z miesiąc odkąd zmagamy się z jakimś okropnym wirusem. Najpierw nasz brzdąc miał katar, kiedy udało nam się go zwalczyć, okazało się że wszystko to co siedziało w nosku po prostu zmieniło lokum i przeniosło się do gardła. Takim oto sposobem od 2 tygodni zmagamy się z kaszlem. 



Małemu chyba musi doskwierać to chorowanie, bo ku mojemu zdziwieniu dał się namówić na inhalacje, co wcześniej było strasznym złem. Jak się okazało nie taki diabeł straszny, jak go sobie Kubuś wyobrażał. Teraz potrafi sam podejść do inhalatora w kształcie pingwinka i pogłaskać towarzysza niedoli. Czasem nawet zdarza się, że mój mały brzdąc łapie mnie za rękę i prowadzi do pingwinka, wskazując na niego palcem mówi "buuuuuuu", to charakterystyczny dźwięk który wydobywa się z inhalatora podczas jego pracy. 

Powiem Wam szczerze, że już zwątpiłam w to, że Kubulek przekona się do inhalatora. Jak nasza Pani doktor zaleciła nam inhalacje z Mucosolvanu oczyma wyobraźni widziałam naszą walkę, wyrywającego się Kubusia, całego we łzach, wydającego z siebie dźwięki jakbym mu robiła nie wiadomo jaką krzywdę. Okazało się jednak, że wystarczyła rozmowa, wyjaśnienie sytuacji i mój mały mądraszek zaczął się przekonywać. Pierwsza inhalacja nie obyła się bez początkowego chwilowego płaczu, kolejne już przyjmował normalnie. Kubulek zawsze macha do pingwinka na powitanie i pożegnanie. Zaprzyjaźnił się z nim, mam nadzieję, że już na dobre.


Nasze inhalacyjne zmagania są idealnym pretekstem do napisania dla Was recenzji inhalatora z którego korzystamy. 

Inhalator kupiliśmy dla Kubusia kiedy nabawił się pierwszego katarku i nasza Pani doktor zaleciłam robienie inhalacji z soli fizjologicznej. W związku z tym, że wcześniej zwlekałam z zakupem inhalatora i stanęłam przed koniecznością jego pilnego nabycia wzięłam to co akurat było w aptece. 

Zależało mi, żeby inhalator był przyjazny dzieciom, dlatego postawiłam na zwierzątko, po cichu licząc, że dzięki temu Kubuś bez problemu pozwoli robić sobie inhalacje. W naszym domu zagościł Mr Pingui marki PiC Solution, który nie od razu przypadł Kubulkowi do gustu.

Niestety przeraźliwy dźwięk jaki wydaje z siebie pingwinek przestraszył naszego malucha. Osobiście też trochę się zawiodłam bo wydawało mi się, że produkt stworzony z myślą o najmłodszych nie będzie tak hałasował. Jak się jednak okazało, kiedy wgłębiłam się w temat, jest to normalne, niestety nie ma możliwości wyciszenia działania inhalatorów. Stopniowo krok po kroku udało nam się przełamać lęk i oswoić z nowym nabytkiem.


Pingwinek ma bardzo sympatyczny wygląd. Gdy włączamy go do działania zaczyna mu świecić na niebiesko brzuszek. Jego zaokrąglone kształty sprawiają, że bez obaw możemy pozwolić dziecku na zabawę z nowym przyjacielem. Właśnie dzięki temu udaje nam się namówić Kubulka do inhalacji. 



Inhalacje trwają bardzo krótko, co w przypadku niecierpliwych pacjentów jakimi są dzieci jest niezmiernie istotne. Dzieje się tak za sprawą zastosowanej komory nubilizacyjnej Sidestream. Skraca ona czas nubilizacji, która trwa oo połowę krócej niż w przypadku tradycyjnej komory. 

Zgodnie z informacjami producenta, dodatkowym atutem komory Sidestream jest to, że "umożliwia głębszą penetrację dróg oddechowych, zapewnia o 30% więcej nebulizowanych częstek z łatwością osiągających drogi oddechowe niż tradycyjna komora". Tego akurat nie jestem w stanie sprawdzić, pozostaje mi w to wierzyć na słowo.

Do inhalatora dołączone są 2 maseczki - mniejsza dla dzieci i większa przeznaczona dla dorosłych oraz ustnik i aspirator donosowy. Dzięki temu wyposażeniu pingwinek mimo infantylnemu wyglądowi może służyć całej rodzinie. 



Widząc, że wszystkie inhalatory wydają głośne, nieprzyjemne dla ucha dźwięki, wydaje mi się, że warto decydując się na zakup inhalatora dla naszej pociechy wybrać taki o miłym dla oka kształcie zwierzątka. Maluch szybciej da się przekonać do inhalacji w towarzystwie pingwinka, króliczka czy hipcia, niż przy użyciu tradycyjnego inhalatora. Z własnego doświadczenia wiem, że nie można oczekiwać, że dziecko przyjmie nebulizację bez żadnych problemów, jednak małymi kroczkami udaje się przekonać szkraba.

Inhalator Mr Pingui PiC Solucion uważam za bardzo udany nabytek i śmiało mogę go polecić innym. Jedyne czego mi przy nim brakuje, to etui w którym mogłabym go przechowywać, jednak nie jest to na tyle duża niedogodność, żeby nie kupić go.

Jakie macie doświadczenia z inhalacjami? Z jakiego rodzaju inhalatorów korzystacie? 

Etykiety: ,

środa, 18 maja 2016

Magiczne 3 minuty



Pisałam już Wam o marce Aussie. Teraz chciałam Wam przedstawić jej najnowszy produkt 3 Minute Miracle Moisture. Dziś podzielę się z Wami informacjami producenta na temat tego preparatu, a po dłuższym jego stosowaniu wrócę z własnymi doświadczeniami i wnioskami.

3 Minute Miracle Moisture to preparat, który w przeciągu 3 minut działa cuda na naszych włosach. Ta intensywna odżywka w tak krótkim czasie ma podobne działanie jak maski do włosów, na które zazwyczaj trzeba przeznaczyć kwadrans. Jaka oszczędność czasu, a efekty takie same, a może nawet i lepsze. 

Głęboko nawilża włosy nie obciążając ich dodatkowo. Świetnie skomponowana formuła produktu sprawia, że włosy są miękkie w dotyku i pełne blasku. To olej z orzechów makadamia powoduje, że włosy pięknieją z każdym dniem stosowania 3 Minute Miracle Mouisture. Ten naturalny składnik ułatwia rozczesanie włosów, zmniejsza ich puszenie i co jest niezmiernie ważne szczególnie w okresie wiosenno-letnim chroni przed promieniowaniem UV.

Nie dość, że odżywka świetnie działa, to również cieszy cudownym zapachem. Składa się na niego wiele elementów. Owocowe nuty zapewniają jabłko, pomarańcza i melon, to właśnie im zawdzięcza świeżość. Wyczuwana słodycz to sprawka irysa, wanilii i piżma. Kompozycja tych wszystkich składników zamknięta w jednym produkcie tworzy wyjątkowy bukiet.

Kompleksowa pielęgnacja jaką gwarantuje 3 Minute Miracle Moisture to bardzo dużo co możesz dać swoim włosom, jednak niebagatelne znaczenie ma również sposób w jaki będziesz stosować odżywkę. Najpierw myjemy włosy i odciskamy je z nadmiaru wody. Podczas nakładania kuracji niezmiernie istotne jest ominięcie włosów przy skórze głowy.  Produkt należy aplikować na końcówki włosów, a dokładnie na 3/4 ich długości. Po 3 magicznych minutach dokładnie spłukujemy odżywkę. 

Mieliście już do czynienia z 3 minutową odżywką marki Aussie? Jakie są Wasze wrażenia na jej temat?

Etykiety: ,

niedziela, 15 maja 2016

Koniec nocnych poszukiwań


Niektórych ten widok może dziwić. Sama jeszcze 2 lata temu widząc dzieci w wieku Kubulka ganiające ze smokiem w buzi zastanawiałam się czy nie są one oby za duże na takiego "przyjaciela". Równocześnie w mojej głowie pojawiała się myśl, że mój brzdąc nie będzie tak uzależniony od smoczka. Myśli myślami, a rzeczywistość okazała się inna. Kubuś szybko przyzwyczaił się do dziamgania smoczka. Oczywiście nie mogę zrzucić winy na biedne dziecko, my rodzice maczaliśmy w tym palce. Tyle tylko, że po czasie nam zaczęło to przeszkadzać, a mały nie wyobrażał sobie bez niego życia. Z czasem udało nam się ograniczyć smoczek do minimum, czyli do używania go jako usypiacza. Mam nadzieję, że i to minimum obniżymy do poziomu 0 i smoczek zniknie z naszego życia.


Póki co jednak pozostaje to w sferze marzeń. Kubuś kładąc się do łóżka prosi o smoczek, a jak się przebudzi i nie znajdzie go w okolicy od razu jęczy. Nasze smoczki należą do tych złośliwych, które w nocy zyskują moc przemieszczania się w różne miejsca. Często zarówno Kubuś, jak i ja szukamy ich po omacku pod osłoną nocy i niejednokrotnie zajmuje nam to trochę czasu. Wybawieniem okazał się smoczek "Sówki" ze świecącym uchwytem, który dostaliśmy ostatnio do testów od firmy Canpol Babies. Kto by pomyślał, taka mała rzecz, a jaka pomocna. Uchwyt jest fluorescencyjny, to właśnie to jest ta tajemnicza moc, która sprawia że świeci on nocą. Dzięki temu, że Kubulek nie używa smoczka w ciągu dnia możemy zostawić go w nasłonecznionym miejscu, uchwyt ładuje wtedy swoje "akumulatory", bo to właśnie naświetlenie elementu fluorescencyjnego sprawia, że później świeci on w ciemności. Takim oto sposobem, nasze nocne poszukiwania smoczka trwają jedynie chwilkę i szybko możemy wrócić w objęcia Morfeusza. 


W sówkowej kolekcji znajduje się też łańcuszek do smoczka. Ze względu na to, że obecnie Kubulek smoczka używa jedynie podczas snu nie wykorzystujemy go w sposób do którego został stworzony. Małemu sówka bardzo przypadła do gustu, w związku z czym zawieszkę używamy do przymocowywania zabawek, które potrafią uciekać nam z wózka podczas spacerów. Uchwyt mocujący łańcuszek jest na tyle mocny, że nie odpina się nawet pod większym ciężarem zabawki. 

Smoczki i łańcuszki w kolekcji "Sówki" występują w 3 wariantach kolorystycznych. Można dopasować je kolorystycznie, dzięki czemu bardzo ładnie prezentują się razem. Nam co prawda trafił się zestaw nie współgrający kolorystycznie, jednak nie przeszkadza nam to w związku z tym, że nie używamy smoczka i łańcuszka razem. 

Śmiało możemy polecić zarówno smoczki, jak i łańcuszki firmy Canpol Babies. To już kolejny zestaw w naszej kolekcji, pierwszy Kubuś miał kupiony podczas komponowania idealnej stylówki na chrzciny. Wzorki znajdujące się na smoczkach są bardzo trwałe, a "żabki" w łańcuszku dobrze trzymają się ubranek nie niszcząc ich.

A Wy mieliście już do czynienia ze świecącymi w nocy smoczkami? Co sądzicie o takim gadżecie? 

Wpis powstał dzięki współpracy z Canpol Babies

Recenzję innych produktów z kolekcji "Sówki" firmy Canpol Babies znajdziecie w poście "Mój mały chorowitek"

Etykiety:

sobota, 14 maja 2016

3 kroki do pięknej skóry


Weekend to czas kiedy możemy nieco zwolnić. Zazwyczaj w piątkowe wieczory lubię zanurzyć się w wannie pełnej piany i zrelaksować po zabieganym tygodniu kiedy na codzienne rytuały pielęgnacyjne udaje mi się wygospodarować jedynie kwadrans. Niestety w tym tygodniu miałam takiej możliwości, ze względu na brak ciepłej wody, który był dla nas zaskoczeniem. Od czasu kiedy wieczory często spędzam z moim wiecznie buszującym po nocach brzdącu, jakoś zaniedbałam systematyczne dbanie o kondycję mojej skóry. Szybki prysznic i jeden dzień na długą kąpiel to wszystko na co znajduję czas. Ale koniec tego, przyszedł najwyższy czas, żeby zacząć myśleć też o sobie, tym bardziej, że ostatnio udaje mi się utulić do snu mojego synulka już koło 20. 


Jak już wiecie ostatnio zostałam ambasadorką Le Petit Marseillais. Idealnie zbiegło się to w czasie z moimi zmianami. Le Petit Marseillais zaprezentowało ambasadorkom jak można dbać o nasze ciało, żeby było w pełni nawilżone i odżywione. Wydaje mi się, że jest to bardzo prosty schemat, nie wymagający poświęcenia na niego zbyt wiele czasu. Chciałam również Wasz zachęcić do stworzenia rytuału pielęgnacji idealnego dla Waszego ciała. Wystarczą tylko trzy kroki, żeby Wasza skóra cieszyła się dobrą kondycją. 


Ważny przy stworzeniu rytuału pielęgnacji jest wybór kosmetyków perfekcyjnie współgrających z Waszą skórą.  Zachęcam Was do wypróbowania produktów marki Le Petit Marseillais, która posiada w swojej ofercie ich szeroki wachlarz, dopasowany do różnych typów skóry, dzięki czemu z łatwością możecie znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Szczególnie zwróćcie uwagę na nową linię preparatów do mycia, które obecnie w drogeriach sieci Rossmann możecie kupić w promocyjnych cenach.

A jak wygląda Wasz rytuał pielęgnacji ciała? Macie jakieś ulubione kosmetyki których nie może zabraknąć na łazienkowej półeczce?

Wpis dzięki współpracy z Le Petit Marseillais

Etykiety: ,

czwartek, 12 maja 2016

Płynne złoto Maroka


Kosmetyki zawierające olejek arganowy to ostatnio hit. Wiele firm dodaje go do swoich produktów. Taki zmasowany atak często uważam za chwilową modę, która przeminie tak samo szybko jak się pojawiła. Jednak w przypadku olejku arganowego jest inaczej, wręcz sama chcę Was zachęcić do stosowania produktów, które mają go w składzie.


Olejek arganowy powstaje z owoców drzew arganowych, które można spotkać jedynie w Maroku. Tak się złożyło, że 3 lata temu miałam okazję odwiedzić jedno z marokańskich miejsc w których wytwarzany jest ten słynny olejek. Mogłam tam zobaczyć pokaz podczas, którego dowiedziałam się jak dzięki silnym rękom marokańskich kobiet powstaje płynne złoto Maroka.

Jego zastosowanie jest bardzo bogate, można go używać zarówno na ciało i włosy, jak i w kuchni. Oczywiście olejek w wersji kosmetycznej jest inaczej przygotowany niż ten spożywczy, dlatego broń boże nie próbujcie używać olejku który kupiliście do ciała w kuchni.



Ja miałam to szczęście, że mogłam kupić czysty olejek, bez żadnych udziwnień. Dla mnie jako alergiczni było to idealne rozwiązanie, bo nie musiałam się obawiać o uczulenia, które często pojawiają się u mnie po użyciu kosmetyków, których skład to długa lista składników o dziwnych nazwach.  Byłam bardzo zadowolona z jego działania, skóra po jego stosowaniu stała się jedwabista, na twarzy zniknęły wszelkiego rodzaju przebarwienia, moje dłonie które mają tendencję do wysuszania, były bardzo nawilżone. Jedyne co mi nie odpowiadało, to brak zapachu, bo uwielbiam jak kosmetyki pachną, a dzięki nim i ja.




Mimo, że zapas olejków z Maroka miałam dość spory bardzo szybko zniknął, a stało się tak dzięki jego wszechstronnemu zastosowaniu. Później przerzuciłam się na inne produkty i zapomniałam o cudownych właściwościach tego płynnego złota. Ostatnio w mojej łazience zagościł pielęgnacyjny olejek do mycia Le Petit Marseillais łączący w sobie właśnie olejek arganowy z kwiatem pomarańczy. Ten duet jest wg mnie idealny, świetne połączenie substancji pielęgnacyjnych zawartych w obydwu składnikach i cudny zapach który zawdzięczamy kwiatom pomarańczy. Po jego użyciu aż sama się sobie dziwiłam, że przestałam stosować olejek arganowy. Cieszę się, że przypomniałam sobie o nim za sprawą Le Petit Marseillais i jestem pewna, że orzeźwiający olejek do mycia zagości u mnie na dłużej.

Pielęgnacyjny olejek do mycia Le Petit Marseillais, za sprawą olejku arganowego jest idealny dla zarówno dla suchej, jak i tłustej skóry, a dzieje się tak dzięki witaminie E i nienasyconych kwasom tłuszczowym znajdującym się w owocach drzewa arganowego. Osobom o suchej skórze zapewnia nawilżenie, odżywia i koi, natomiast tym którzy borykają się z tłustą skórą przywraca równowagę i wyrównuje koloryt. Płynne złoto Maroka ma jeszcze jedną bardzo ważną właściwość, jego regularne stosowanie sprawia, że skóra zachowuje młodość i witalność. Natomiast esencje z kwiatu pomarańczy mają działanie regeneracyjne, odbudowuje i uelastycznia skórę, a także dziają jak naturalny antyperspirant. Wyjątkowy zapach kwiatu pomarańczy bardzo często stosowany przy produkcji perfum nadaje temu orzeźwiającemu olejkowi do mycia Le Petit Marseillais wyjątkowy kwiatowy zapach.

A Wy stosujecie produkty z olejem arganowym?

Wpis dzięki współpracy z Le Petit Marseillais

Etykiety: ,

poniedziałek, 9 maja 2016

Krem zamknięty w antyperspirancie




Znacie już to zdjęcie, a jeśli go nie kojarzycie odsyłam Was do poprzedniego posta w którym było ono użyte. Wspominałam Wam w nim, że rozpoczynam testy antyperspirantu Nivea Protect & Care i tak jak obiecałam wracam do Was z jego recenzją. Miałam okazje testować go dzięki temu, że jestem ambasadorką Klubu Ekspertek ofeminin.pl. Korzystam z niego już prawie od miesiąca, więc wydaje mi się, że jest to wystarczający czas, żeby móc wyrazić opinię na jego temat. W takim razie zaczynamy.




Nivea Protect & Care, który posiadam jest to antyperspirant w sprayu mieszczący się w metalowym opakowaniu z aerozolem o tradycyjnych rozmiarach. Fajne jest w nim to, że nie posiada zakrętki, która często potrafi się łamać, spadać za pralkę lub ginąć w innych nieznanych okolicznościach. Nivea zastosowała do tego produktu, coraz częściej stosowane zamknięcie on-off, wystarczy przekręcić górną część buteleczki zgodnie ze wskazówkami znajdującymi się na opakowaniu, żeby odblokować możliwość psikania, a następnie przekręcając w przeciwnym kierunku zablokować i zabezpieczyć przed przypadkowym naciśnięciem przycisku uwalniającego antyperspirant. Butelka antyperspirantu jest w kolorze dobrze znanego opakowania tradycyjnego kremu Nivea, przez co przywołuje skojarzenia z produktem dla mężczyzn. Wydaje mi się, że jest to jedyny minus tego produktu, jednak nie na tyle znaczący, żeby go odrzucić. 

Antyperspirant w sprayu  istnieje też w wersji mini, która dzięki swoim niewielkim rozmiarom mieści się nawet do małej torebki, co sprawia że można go mieć zawsze pod ręką. Istnieje także wariant bardziej ekonomiczny o pojemności 250 ml, który jest najmniej poręczny, za to starcza na dłużej i jego cena wypada najkorzystniej w porównaniu z pozostałymi wielkościami. 

W linii Nivea Protect & Care znajdziemy również antyperspirant w sztyfcie oraz jako roll-on.



Nie będę mocno rozpisywała się na temat składu Nivea Protect & Care, bo te wszystkie nazwy które widnieją na opakowaniu to dla mnie czarna magia. Z informacji promujących ten produkt możemy się dowiedzieć, że producent tworząc ten antyperspirant jego formułę mocno oparł na składzie kultowego kremu Nivea. Czy to prawda, trudno mi powiedzieć, ale faktycznie zapach Nivea Protect & Care jest niemal identyczny jak kremu, jedyna różnica to jego moc, gdyż w antyperspirancie wydaje się on intensywniejszy.


Dla osób zaznajomionych w produktach używanych w kosmetologii, podaje skład który można znaleźć na opakowaniu:

Butane, Isobutane, Propane, Cyclomethicone, Aluminum Chlorohydrate, Isopropyl Palmitate, Parfum, Glycerin, Panthenol, Octyldodecanol, Persea Gratissima Oil, Glycyrrhiza Glabra Root Extract, Sodium Ascorbyl Phosphate, Disteardimonium Hectorite, Dimethicone, Propylene Carbonate, Dimethiconol, Aqua, Limonene, Geraniol, Benzyl Alcohol, Citronellol, Linalool, Butylphenyl Methylpropional, Alpha-IsomethylIonone, Citral.



To jak antyperspirant Nivea Protect & Care działa to wg mnie najważniejsza kwestia. Ja jako alergiczka często borykam się z problemem podrażnionej skóry. Źle dobrany produkt sprawia, że mam zaczerwienioną skórę pod pachami. W przypadku Nivea Protect&Care ten problem nie wystąpił, wręcz odnoszę wrażenie, że ma on pielęgnacyjne właściwości. Skóra pod pachami po jego dłuższym użytkowaniu jest jedwabista i bardzo delikatna w dotyku. Chyba nikomu nie trzeba mówić jakie mamine życie jest aktywne, mnóstwo spraw na głowie, wszędzie jej pełno, robi kilka rzeczy na raz. Oczywistym jest, że mimo takiego zabiegania, chce się czuć świeżo, a dzięki Nivea Protect & Care jest to możliwe. Jest on bardzo skuteczny, wystarczy go użyć podczas porannej toalety i później cały dzień nie musimy się martwić czy przypadkiem nie unosi się wokół nas nieprzyjemna woń, bo jak przystało na antyperspirant zapobiega on poceniu się. Zapach który nam towarzyszy przez cały dzień dzięki Nivea Protect & Care pewnie jest znany wielu osobą, dzieje się tak za sprawą kultowego kremu Nivea, któremu swój skład i zapach zawdzięcza ten antyperspirant. Jest on delikatny i przyjemny, a jego nuta zapachowa nie gryzie się z perfumami. Żeby móc tak ładnie pachnieć, najpierw należy zaaplikować i w tym momencie pojawia się największy mankament tego produktu. Antyperspirant osypuje się i pozostawia na ubraniach biały filtr. Szkoda, bo gdyby nie to byłby to produkt idealny. Mi to zbytnio nie przeszkadza, ale wiem, że wiele osób może skreślić ten antyperspirant właśnie z tego powodu.




Bardzo polubiłam Nivea Protect&Care, pewnie dzięki zapachowi mojego ukochanego kremu Nivea. Nie zawiódł mnie jako antyperspirant, dzięki niemu cały dzień czułam się świeżo. Jedynie pozostawiane przez niego białe ślady mogą drażnić, ale wydaje mi się że jest to typowy problem antyperspirantów. Dlatego mimo to polecam Wam wypróbowanie na własnej skórze tej nowości Nivea. Jeżeli chcielibyście poznać jeszcze inne opinie na temat Nivea Protect&Care zachęcam Was do odwiedzenia strony ofeminin.pl, gdzie znajdziecie recenzje innych dziewczyn które miały okazję go testować. 


Wpis dzięki współpracy z Klub Ekspertek ofeminin.pl

Etykiety: ,

niedziela, 8 maja 2016

Soczyście podczas podróży


Wczoraj wybraliśmy się do Niemiec. Co jakiś czas jeździmy do pobliskiego Schwedt, żeby kupić Kubulkowi trochę jego ulubionych kaszek i innych smakołyków, które albo nie są u nas dostępne, albo ich cena jest przystępniejsza u zachodniego sąsiada.


Nasz mały marudek dzielnie zniósł podróż. Nawet w trakcie zakupów nie był zbytnio uciążliwy. Choć nie obyło się bez wrzucania przez niego do koszyka zupełnie niepotrzebnych nam produktów, które oczywiście zaraz wracały na swoje miejsca odkładane przez nas na regały sklepowe. Mimo tych zabiegów rachunek przy kasie osiągnął astronomiczną sumę, ale niestety nie możemy zrzucić tego na Kubusia, bo tak naprawdę to co w nim się znajdowało zostało tam wrzucone przez rodziców, a nie synulka. No cóż, widocznie te niemieckie zakupy, nie są aż takie tanie.


Podczas podróży oczywiście nie zapomnieliśmy o napojach i małym prowiancie dla naszego brzdąca. Kubuś jest niemal nierozłączny ze swoim bidonem w którym jest woda, do jedzonka tym razem postanowiliśmy wziąć dla niego drożdżówkę, która ostatnio bardzo zasmakowała naszemu niejadkowi. Dla dorosłych postanowiliśmy zabrać zgrabne buteleczki Żywiec Zdrój. Postanowiliśmy jednak przy tej okazji wypróbować nowość, a dokładnie soczysty napój o smaku jabłkowym. Pół litrowe buteleczki, które akurat mieliśmy idealnie nadają się dla jednej osoby na taką krótką wyprawę. Wielkość butelki jest na tyle poręczną, że mieści się w średniej wielkości torebce, dzięki czemu zawsze można ją mieć pod ręką. Dzięki dużej zawartości wody w napoju jest on orzeźwiający, a sok jabłkowy w nim zawarty nadaje mu ciekawy, słodki, lekko cierpki smak. Napój ten może nie zagości u nas na co dzień zastępując zwykłą wodę, jednak jest on fajną alternatywą w chwilach kiedy nabierzemy ochotę na inny smak.

A Wy wybieracie się czasem na zakupy do Niemiec? Co pijecie podczas takich wypadów?

Etykiety:

poniedziałek, 2 maja 2016

Konkurs na pożegnanie ze światem karmelu


Nasza słodka przygoda z Werther's Original Creamy Filling dobiega końca. Mimo to, że zapas słodkości, które otrzymaliśmy jako ambasadorzy zniknął bardzo szybko, zasmakowały nam one na tyle, że jesteśmy pewni tego, że te śmietankowo karmelowe cukierki na pewno jeszcze u nas zagoszczą. 

Na pożegnanie z cukierkami Werther's Original Creamy Filling zostawiliśmy niespodziankę. Chcielibyśmy Was zachęcić do udziału w konkursie organizowanym przez Werther's Original. Jak nie trudno się domyślić na zwycięzcę czeka zapas cukierków Werther's Original Creamy Filling. 

Co należy zrobić, aby wziąć udział w konkursie? Oto kilka kroków, dzięki którym i Wy możecie przeżyć słodką przygodę w świecie karmelu:

  • znajdź swoje ulubione zdjęcie z dzieciństa
  • zrób współczesną wersję tego zdjęcia - im będzie bliższa oryginału, tym lepiej!
  • wgraj zdjęcie na stronę wraz z opisem korzystając z formularza
  • zaproś swoich znajomych do konkursu!
Do 50 autorów i pomysłodawców najciekawszych zdjęć trafią słodkie zestawy Werther's Original.

Wpis dzięki współpracy z Werther's Original i Rekomenduj.to

Pozostałe wpisy w ramach kampanii Werther's Original:
  1. Zaczynamy słodką przygodę
  2. Paczka pełna słodkości
  3. Cukierki z tradycją
  4. Karmelowa lawa zamknięta w cukierku

Etykiety: ,