sobota, 30 kwietnia 2016

Mój mały chorowitek


Mój kochany maluszek cały czas zakatarzony. Trochę nie ma co się temu dziwić, jak ma się w domu małego buntownika, który nie pozwala na jakiekolwiek zabiegi, dzięki którym mógłby wrócić do zdrowia. Aspirator to okropny potwór, wyrywa go z moich rąk, kręci głową na lewo i prawo niczym bohater Matrixa, a wrzask który temu wszystkiemu towarzyszy pewnie przekroczyłby wszystkie możliwe skale. Na próbę zaaplikowania kropli do noska reaguje bardzo podobnie, próba zrobienia tego podczas zabawy też nic nie dawała, Kubuś dostał opakowanie po zużytych kropelkach, którymi bawił się w zakrapianie noska mamie, ale jak próbowałam zrobić zamianę ról od razu wywoływało to jego płacz. Inhalacje również są czymś przerażającym, oczywiście nawet nie myślę o nałożeniu Kubusiowi maseczki do inhalacji na jego śliczniutką buźkę, samo włączenie pingwinka - specjalnie dla Kubulka kupionego inhalatora dziecięcego, wywołuje że wpada on w spazmatyczny płacz. Zaniepokojona tym wszystkim na początku tygodnia wzięłam małego pod pachę i powędrowałam do Pani doktor, która przypisała Kubusiowi specjalną maść do noska. Przy okazji babcia zarządziła inhalacje starymi metodami przy pomocy zwykłego garnka i kropli do inhalacji. Dzięki maści i inhalacjom po 3 dniach giluski rozpoczęły wyprowadzkę z Kubusiowego noska.  



Razem ze znikającym katarkiem, zaczął wracać mojemu małemu niejadkowi apetyt. Upieczone przez babcię ciasto bananowe zaserwowane na nowym talerzyku w sówki Kubulek zajada, aż mu się uszy trzęsą. Siada z talerzykiem na kanapie i łapie przygotowane małe kosteczki smakołyka, które zgrabnie wkłada do buzi. Co jakiś czas chwyta za kubeczek również z sówkowej kolekcji i popija wodę. Zarówno talerzyk, jak i kubeczek, od razu przypadły Kubusiowi do gustu. Mały podczas rozpakowywania zmywarki potrafi chwycić za talerzyk i biegać po mieszkaniu pokazując wszystkim jakie fajne sówki są na nim. Tak samo z resztą jest z kubeczkiem, bawi się nim, opowiada coś po swojemu o sówkach które go zdobią. Jeszcze nie mieliśmy takiego kubeczka ze składanym ustnikiem. Dla mojego brzdąca jest on dużą atrakcją. Otwieranie i zamykanie dzióbka to świetna zabawa. Do tej pory Kubuś od roku korzysta z bidonów z rurką, na początek jak dostał nowy kubeczek nie do końca wiedział jak z niego pić, ale bardzo szybko połapał się, że pijąc musi podnieść kubeczek do góry i go przechylić, żeby coś leciało. 

Śmiało mogę polecić wszystkim mamom zarówno talerzyk, jak i kubeczek z kolekcji "Sówki" z Canpol Babies. Obydwa produkty są bardzo dobrze wykonane oczywiście z tworzywa nie zawierającego BPA. Bardzo łatwo je utrzymać w czystości dzięki temu, że można je myć w zmywarce. Talerzyk jest sztywny, nie wygina się pod ciężarem serwowanych na nim posiłków. W przypadku kubeczka bardzo fajne jest to, że posiada miarkę dzięki której można kontrolować ile dziecko pije przygotowanego napoju. 

Wpis powstał dzięki współpracy z Canpol Babies

Recenzję innych produktów z kolekcji "Sówki" firmy Canpol Babies znajdziecie w poście "Koniec nocnych poszukiwań"

wtorek, 26 kwietnia 2016

Prowansja zawitała do naszego domu


Dziś chcielibyśmy zabrać Was w kolejną kosmetyczną podróż. Tym razem wspólnie z Le Petit Marseillais odwiedzimy naszą ukochaną Francję, a dokładnie prowansję z której właśnie pochodzi ta marka.


W zeszłym tygodniu dotarła do nas wiadomość, że zostaliśmy Ambasadorami tej uwielbianej przez nas francuskiej marki. W piątkowy wieczór dotarła do nas prześlicznie zapakowana paczuszka, która urzekła nas pergaminem z pieczęcią ambasadora. Po rozchyleniu na boki pergaminowych kartek, niczym przez czarodziejskie wrota wkroczyliśmy w świat Le Petit Marseillais. 


Na początku czekało nas niezwykle ważne zadanie. Musiałam złożyć ślubowanie ambasadorki.


Po chwilowym nacieszeniu oczu uroczym wyglądem pudełka nadeszła pora na jego zawartość.


Znaleźliśmy w nim dwa kosmetyki z nowej linii produktów, które od razu trafiły na odpowiednie miejsca w łazience i zaczęły się ich testy. 

A Wy lubicie markę Le Petit Marseillais?

Etykiety:

piątek, 22 kwietnia 2016

Karmelowa lawa zamknięta w cukierku


Małymi kroczkami  wędrując po świecie Werther's Original dotarliśmy do momentu, kiedy chcieliśmy Wam przedstawić głównego bohatera całego cyklu. 


Słyszeliście o najnowszych cukierkach Werther's Original Creamy Filling? To młodszy brat dobrze znanych cukierków Werther's Original, jednak jak przystało na rodzeństwo ma w sobie coś wyjątkowego, nutkę zadziorności w postaci karmelowego wnętrza. 


Jak tylko spróbowałam po raz pierwszy Werther's Original Creamy Filling od razu się polubiliśmy. Początkowo poczułam dobrze znany mi smak cukierków śmietankowych Werther's Original, po chwili dotarłam do wnętrza smakołyka i niczym lawa wypłynął z niego płynny karmel. Mimo, że wiedziałam co kryje w sobie wzięty do ust cukierek, kombinacja smaków zaskoczyła mnie. Cukierki dzięki karmelowi są dużo słodsze, ale nadal przepyszne. Karmel rozpływa się w ustach, nie oblepiając zębów. Oczywiście nie skończyło się na jednym cukierku, kilkakrotnie sięgałam do zgrabnej torebeczki po kolejnego łakocia, żeby delektować się jego wyjątkowym smakiem.


A oto kilka cech szczególnych Werther's Original Creamy Filling, które sprawiają że są to tak wyjątkowe cukierki:

  • śmietankowy cukierek, który zaskakuje delikatnym, karmelowym wnętrzem
  • bogaty smak, który przypomni Ci, że Ty także jesteś kimś wyjątkowym
  • unikalna receptura łącząca prawdziwe masło i świeżą śmietankę
  • ponad 100 lat tradycji
  • najwyższa jakość Werther's Original

Mieliście już okazje delektować się smakiem Werther's Original Creamy Filling? Jakie są Wasze wrażenia na ich temat?


Wpis dzięki współpracy z Werther's Original i Rekomenduj.to

Pozostałe wpisy w ramach kampanii Werther's Original:
  1. Zaczynamy słodką przygodę
  2. Paczka pełna słodkości
  3. Cukierki z tradycją
  4. Konkurs na pożegnanie ze światem karmelu

Etykiety: ,

czwartek, 21 kwietnia 2016

Kosmetyki z krainy Oz

Czy wiecie, że kraina Oz to nie tylko fikcyjne miejsce znane z przygód małej dziewczynki w czerwonych pantofelkach? To daleka Australia taka właśnie jest  nazywana. W 1979 roku przybył  do niej Tom Redmond - amerykański cudotwórca od włosów. Zachwycony cudami natury, które tam znalazł postanowił wykorzystać do stworzenia wyjątkowego kosmetyku, który zdziała cuda na zniszczonych włosach. Mix liści eukaliptusa, kory czereśni, oleju jojoba zamknięty w idealnie skomponowanej recepturze 3 Minute Miracle doceniany jest do dziś, przez wiele kobiet. I właśnie teraz, po niemal 30 latach od powstania tego magicznego produktu, marka Aussie będzie dostępna również w Polsce.

Z ogromną przyjemnością chciałabym Was poinformować, że zostaliśmy ambasadorami marki Aussie. 

Etykiety: ,

wtorek, 19 kwietnia 2016

Ochrona i pielęgnacja w jednym


Słyszeliście o najnowszym antyperspirancie Nivea Protect&Care? Ci którzy śledzą nasz fan page wiedzą, że otrzymaliśmy go do testów jako ambasadorzy Klubu Ekspertek ofeminin.pl. Zanim jednak wypróbuję jego możliwości chciałabym go Wam przedstawić.


Nie znam osoby, która choć raz w życiu nie korzystała z kultowego kremu Nivea. Ja tego kremu używam od wielu lat. Jego skład jest tak opracowany, że nie podrażnia mojej delikatnej, wrażliwej na różne kosmetyki skóry. Pielęgnuje ją bardzo dokładnie, jego wszechstronne zastosowanie sprawia, że zawsze znajduje swoje miejsce w mojej szufladzie z kosmetykami. Ma bardzo przyjemny, ale jednocześnie neutralny zapach, który wprost uwielbiam. 


Dlaczego w ogóle wspominam o kremie, skoro miałam mówić o antyperspirancie? Bo właśnie na bazie tego jak mniemam wszystkim znanego kremu powstał Nivea Protect&Care. Zawiera on składniki pielęgnacyjne kremu oraz jego cudny zapach. Jak tylko się o tym dowiedziałam, od razu wiedziałam, że będę chciała go wypróbować, a dodatkowe zapewnienia o 48 h ochronie i braku alkoholu w jego składzie tym bardziej wzbudziły moje zainteresowanie tym produktem.

Jestem bardzo ciekawa skuteczności Nivea Protect&Care. Przez najbliższe dni postaram się przetestować go wszerz i wzdłuż, po czy napiszę Wam bardzo skrupulatnie jakie są moje wrażenia. Póki co odsyłam Was do opinii innych testerek Klubu Ekspertek ofeminin.pl - na stronę z opiniami przeniesiecie się naciskając tutaj.


Wpis dzięki współpracy z Klub Ekspertek ofeminin.pl

Pictures by Me

Etykiety: ,

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Szpital domowy


Wstęp wzbroniony. Wirusy atakują.

Zmogło nas wszystkich. Po nitce do kłębka przeziębienie dotarło do każdego członka naszej rodziny. Nic tylko załamać ręce, ale my się nie poddajemy, jesteśmy twardzi i tak łatwo się nie damy. Wszystko zaczęło się od Artura który w środę narzekał na złe samopoczucie, a w czwartek już leżał z gorączką w łóżku. W piątek Kubulek od samego rana był w kiepskim nastroju, kleił się do mnie i każdy powód był dla niego dobry do płaczu, okazało się że i jemu podniosła się temperatura, niestety wzrosła tak mocno, że nie obyło się bez leków na jej zbicie. Naszego małego szkraba bardzo rzadko łapie przeziębienie, od jego urodzenia zmagaliśmy się z katarem z 2 razy, tak samo zresztą z gorączką. Dlatego nie jesteśmy przyzwyczajeni do prawie 39 stopni na termometrze i gilusów aż po pas. Na całe szczęście gorączka to był tylko jednodniowy epizod, już w sobotę Kubulek biegał po mieszkaniu. Niestety z katarem nie jest tak łatwo, nasz brzdąc jest anty na wszelkiego rodzaju ingerencje, widzi aspirator - wrzask, na dźwięk inhalatora - ucieka z krzykiem, aż się za nim kurzy. Ponoć to normalne u dzieci w jego wieku, ale w takich sytuacjach budzi się we mnie przewrażliwiona matka, która chciałaby jakoś pomóc swojemu dziecku gdy widzi je z zatkanym noskiem. I wtedy właśnie w niedzielne popołudnie okazuje się, że ostatnią zdrową ostoję rodziny zaczyna boleć gardło, po paru godzinach zaczyna skrzeczeć, a następnego dnia rano nie może wydać z siebie głosu. Tak, choroba zdobyła ostatni bastion - mamę. Kubuś zużył już cały zapas chusteczek, ja popijam wodę z miodem i cytryną, która sprawia że mogę wydawać z siebie głos, a Artur ... już musiał wyzdrowieć.

Wam też zdarzyło się takie rodzinne chorowanie? 

Etykiety:

piątek, 15 kwietnia 2016

Cukierki z tradycją


Rok 1903, małe niemieckie miasteczko Werther. August Storck zakłada Parową Fabrykę Słodyczy Werther. Zatrudnia w niej cukiernika Gustava Nebela, który później zostaje uznany za ojca przepysznych słodkości. Stworzył on recepturę nadzwyczajnych cukierków, łącząc w niej prawdziwe masło ze świeżą śmietanką, dzięki czemu uzyskał wyjątkowy podwójnie śmietankowy smak. Cukierki te nazwano Werther's Original, aby podkreślić miejsce z którego pochodzą oraz ich oryginalność. 


Przysmaki te stworzone z miłością i poświęceniem przez lata skradły serca wielu ludziom w ponad 80 krajach na całym świecie. Firma z niewielkiej manufaktury, z biegiem czasu powiększała się tworząc wielką międzynarodową firmę. Przemiany te nie miały jednak wpływu na smak cukierków. Firma trwa przy niezmienionej recepturze, dzięki czemu sięgając po cukierki Werther's Original możemy w jedną sekundę wrócić do tego wyjątkowego, słodkiego, delikatnego dobrze zapamiętanego z dzieciństwa smaku. 


Wpis dzięki współpracy z Werther's Original i Rekomenduj.to

Pozostałe wpisy w ramach kampanii Werther's Original:
  1. Zaczynamy słodką przygodę
  2. Paczka pełna słodkości
  3. Karmelowa lawa zamknięta w cukierku 
  4. Konkurs na pożegnanie ze światem karmelu

Etykiety: ,

środa, 13 kwietnia 2016

"Co nowego w sieciówkach?" - Reserved dla chłopca



Reserved to sklep do którego wróciłam niczym córka marnotrawna. Kiedyś zaglądałam do niego często, później zakochałam się w ubraniach z Zary i większość kreacji kupowałam właśnie tam. Teraz zaczęłam znów poszukiwania perełek w różnych sklepach, żeby nie wyglądać jak modelka z lookbooka jednej marki. Dlatego z podkulonym ogonem wróciłam też do Reserved. Aktualnie na stronie sklepu jest urodzinowa promocja na której nowości tej marki można kupić z upustem 15% (do 14.04.2016). Przygotowałam dla Was kilka propozycji które wpadły mi w oko.


Tak jak pisałam Wam przy zestawieniu ubranek z H&M, ostatnio polubiłam zestawienie czerni, bieli i szarości. Kubulek nie do końca dobrze wygląda w czarnych bluzeczkach, dlatego najczęściej stawiam na czarne spodenki i jaśniejszą górę. Bodziaki zakładam mu w domu, są dużo wygodniejsze, nic mu się nie plącze, nie ma odkrytych pleców podczas harców, to są ich główne atuty. Gdy wychodzimy na miasto stawiam na doroślejszy look i wtedy ubieram go w bluzeczki i bluzy. 


Bardzo lubię ciekawe t-shirty, kolorowe guziczki, ozdobne kieszonki, ciekawe nadruki nie do końca dziecinne, to są elementy które potrafią zbudować interesującą stylizację dla chłopca.




Wiosna to czas komunii i ślubów, na takie okazje z naszych małych łobuzów staramy się zrobić elegancików. Nie zawsze takie stylizacje muszą być sztywne, biała koszula bez kołnierzyka albo koszula w jednolitym kolorze z ozdobnym kołnierzykiem i mankietami bądź innymi elementami ozdobnymi wystarczą, żeby chłopczyk wyglądał ładnie i schludnie, a o to tak naprawdę w takich sytuacjach chodzi.

Etykiety: ,

niedziela, 10 kwietnia 2016

Restaurant Week w Dzikiej Gęsi


Dziś jest ostatni dzień festiwalu najlepszych restauracji. Restaurant Week, o którym mowa rozpoczął się w prima aprilis i trwał przez 10 dni. Mieszkańcy 8 miast w tym również Szczecina, mieli szansę skosztować specjalnie na tę okazję przygotowanego przez restauracje menu. Każda restauracja miała za zadanie stworzenie dwóch trzydaniowych menu w cenie 39 zł. Żeby wziąć udział w tym wydarzeniu trzeba było odwiedzić stronę organizatora, a następnie wejść na podstronę dotyczącą miasta w którym mieszka, kolejnym krokiem był wybór restauracji którą chcemy odwiedzić, a także terminu oraz godziny kiedy planujemy się w niej pojawić, a na końcu należało wybrać dania które zamierzamy zdegustować. 


W Szczecinie mieliśmy dość spory wybór, bo w festiwalu wzięły udział aż 22 restauracje. Po przejrzeniu menu każdej z nich zdecydowaliśmy się na Dziką Gęś, w której zaproponowane przez szefa kuchni dania przypadły nam do gustu. Artur był już w niej podczas jednej ze służbowych kolacji i uznał, że warto ją wybrać na wyjście we dwoje. Dlatego zarezerwowaliśmy stolik dla dwojga na sobotni obiad.


Co prawda w restauracji pojawiliśmy się przed wyznaczoną godziną, ale nie stanowiło to problemu. Mogliśmy dokonać wyboru spośród kilku przygotowanych stolików. Na wstępie wybraliśmy napoje. Artur zdecydował się na piwo, bo po raz pierwszy od dawna to nie on był kierowcą, ja z racji tego że prowadziłam auto zdecydowałam się na sok jabłkowy. Dopiero po złożeniu zamówienia spostrzegłam, że w ofercie znajdowały się ciekawe lemoniady, ale było już za późno na zmiany, zresztą nie chciałam robić zamieszania, będzie okazja żeby ponownie odwiedzić to miejsce.


Dokonując wyboru menu każde z nas zdecydowało się na inny zestaw. Tak naprawdę różniły się one jedynie daniem głównym, zarówno przystawka jak i deser w obydwu wariantach były takie same. Jako przystawka przygotowany został "krem z warzyw korzennych z wędzonym pstrągiem", pomimo że nie do końca przepadam za warzywami korzeniowymi skusiło mnie ich połączenie z wędzoną rybą i nie zawiodłam się. Krem doprawiony był bardzo dobrze, a zestawienie z pstrągiem  jeszcze bardziej wzbogaciło i tak już ciekawy smak. Na danie główne czekaliśmy około 20 minut, po których kelner zaserwował nam dania tworzące przepiękne kompozycje na talerzu. W pierwszym wariancie, na który zdecydowałam się ja, znajdował się "labraks z puree malinowym i sosem holenderskim nero", natomiast drugi wariant wybrany przez Artura zawierał "kaczkę sous vide z sosem porzeczkowym", do obydwu dań podane zostało puree ziemniaczane. Dania prezentowały się elegancko, już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że szef kuchni postawił bardziej na walory estetyczne niż na zaspokojenie głodu gości, porcje były naprawdę małe. Pomimo to kompozycja smaków w obydwu daniach była wyborna, wszystkie składniki łączyły się w harmonijną całość. Zwieńczeniem obiadu był deser na który zaserwowana została "gruszka podawana z kozim serem". Mięciutka gruszka wprost rozpływała się w ustach, a w połączeniu z serem i orzeszkami tworzyła wyśmienity zestaw, palce lizać.


Popołudnie w Dzikiej Gęsi zaliczamy do bardzo udanych. Decyzja o wyborze tej restauracji była strzałem w 10. Co prawda nie mieliśmy okazji skosztować dań przygotowanych przez pozostałe 22 restauracje, ale na tej jednej nie zawiedliśmy się. Na pewno odwiedzimy jeszcze kiedyś to miejsce, tym bardziej, że jest dostosowane do rodzin z dziećmi, posiada krzesełka dla maluchów, kącik gdzie mogą się pobawić, a nawet miejsce w którym będzie można przewinąć szkraba. Również sama idea Restaurant Week przypadła nam do gustu i następnym razem również mamy zamiar z niej skorzystać. 

W Waszych miastach również odbywał się festiwal najlepszych restauracji? Co sądzicie o tego typu wydarzeniach?

Pictures by Me & ABi

Etykiety:

piątek, 8 kwietnia 2016

Paczka pełna słodkości


Jak wiecie paczka ambasadora Werther's Original jest już u nas. Pewnie jesteście ciekawi co ona w sobie skrywa.


Paczka wielkości pudełka na buty wypełniona jest po brzegi paczuszkami nowych cukierków Werther's Original Creamy Filling, dokładnie jest ich 12. Jako mały bonus dołączona została paczuszka dobrze już znanych cukierków Werther's Original. Oprócz słodkości w paczce znaleźliśmy 15 ulotek informacyjnych, które kryją w sobie małą niespodziankę dla Was, o której wspomnimy w którymś z kolejnych wpisów. Oczywiście nie mogło zabraknąć przewodnika ambasadora, wprowadzającego nas w tajniki świata Werther's Original. Zwieńczeniem zawartości paczki jest urocza kartka, o której powinniśmy wspomnieć na początku, witająca nas w karmelowym świecie. 



Na widok zawartości paczki ambasadora, aż zaświeciły się nam oczy. Ucieszył nas widok tylu słodkości. O dziwo największą radochę sprawiła ona Kubulkowi, który co prawda jest jeszcze za mały na to żeby móc spróbować ten nowy smak, jednak świetnie bawił się wysypując paczuszki cukierków z pudełka i wrzucając je z powrotem. 




Podsumowując przygowaliśmy dla Was niespodziankę, dzięki której możecie poczuć się jakbyście byli z nami podczas odkwywania zawartości paczki ambasadora.

Wpis dzięki współpracy z Werther's Original i Rekomenduj.to

Pozostałe wpisy w ramach kampanii Werther's Original:

  1. Zaczynamy słodką przygodę
  2. Cukierki z tradycją
  3. Karmelowa lawa zamknięta w cukierku
  4. Konkurs na pożegnanie ze światem karmelu

Pictures by Me & Video by D.

Etykiety: ,

czwartek, 7 kwietnia 2016

Zaczynamy słodką przygodę




Tadam, już jest. Dotarła do nas paka po same brzegi wypełniona słodkościami i to nie byle jakimi.


Zacznijmy jednak od początku. Parę dni temu dotarła do nas informacja, że dostąpiliśmy zaszczytu bycia ambasadorami nowych cukierków Werther's Original Creamy Filling. Wiadomość tą przyjęliśmy z wielką radością. Cukierki Werther's Original przywołują u mnie bardzo miłe wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to te łakocie gościły w moim domu niemal zawsze. Później, nawet trudno mi powiedzieć dlaczego, ale zniknęły one z szafki ze słodkościami. Jednak teraz, kiedy nadarzyła się okazja poznania Werther'sów w nowej odsłonie, nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności, aby skosztować ich i cofnąć się choć na chwilę do minionych lat dzieciństwa. Zgłosiliśmy swoją chęć zostania ambasadorami i udało się.



W otrzymanym mailu poinformowano nas, że mamy oczekiwać na przesyłkę pełną cukierków śmietankowych z nadzieniem karmelowym. Nie minął nawet tydzień, a paczka ambasadora była już u nas. 



Takim oto sposobem zaczynamy słodką przygodę z Werther's Original Creamy Filling.


Wpis dzięki współpracy z Werther's Original i Rekomenduj.to

Pozostałe wpisy w ramach kampanii Werther's Original:
  1. Paczka pełna słodkości
  2. Cukierki z tradycją
  3. Karmelowa lawa zamknięta w cukierku
  4. Konkurs na pożegnanie ze światem karmelu
Pictures & Video by Me

Etykiety: ,

niedziela, 3 kwietnia 2016

Idealny trójkołowiec



Wiosna wiosna, wiosna ach to ty. Tak, to już wiosna. Nie tylko w kalendarzu, ale i pogoda za oknem to potwierdza, jest coraz częściej cieplutko i słonecznie. Najwyższa pora, żeby rozpocząć sezon rowerowy. Co jednak zrobić jak nie ma się takowego na stanie? Pewnie większość z Was pomyśli "gdzie oni widzą problem? kupić i tyle". Okazuje się, że nie jest to taka prosta sprawa. W takich sytuacjach zazwyczaj w mojej głowie wybrzmiewa wyświechtany przez mojego tatę tekst "kiedyś to nie było problemu, człowiek nie miał wyboru, brał co było w sklepie i się cieszył". Co prawda to prawda. Choć tak naprawdę we wspominanych przez mojego tatę czasach komunistycznych ludzie narzekali na ten brak wyboru i marzyli o możliwości wyboru. Dziś gdy ten wybór jest pojawia się problem przesytu, a co za tym idzie wyboru tego idealnego produktu. Czy postawić na najprostszy model i zarazem najtańszy, w końcu to tylko rowerek dziecięcy, a gdy okaże się, że na pierwszym spacerze coś się w nim zepsuje, bo próbowaliśmy przyoszczędzić? To może w takim razie wybrać ten najdroższy model, przecież na dziecku nie będziemy oszczędzać i wtedy przed moimi oczami pojawia się scenka jak idziemy na spacer do Parku Kasprowicza w którym alejki nie należą do najprostszych, a wręcz można powiedzieć że są kamieniste i na tychże psuje się ten wypasiony wóz naszego malucha. Takim oto sposobem decydujemy się na średniaka, ani za drogi, ani za tani model. No tak, ale wśród średniaków też jest tego pełno. Zobaczcie sami. Zależy nam na rowerku w kolorystyce czarno-białej. Póki co udało nam się znaleźć takie modele i cały czas bijemy się z myślami, który z nich będzie najlepszy dla naszego przyszłego pogromcy ścieżek rowerowych.








Może Wy macie już doświadczenia z rowerkami trójkołowymi. Liczymy na każdą sugestię w tym temacie. 


Etykiety: ,