czwartek, 30 listopada 2017

Na premierę do kina - 01.12.2017


Wiesz już na jaki film można będzie wybrać się w ten weekend do kina. Jesteś ciekawa jakie premiery pojawią się już jutro? Oto kilka propozycji. 
Czytaj więcej

Etykiety:

środa, 29 listopada 2017

Truskawkowe przedłużenie lata



Nie wiem jak u Ciebie, ale do mnie jeszcze nie dotarł pierwszy śnieg. W mediach trąbią wszem i wobec, że zbliża się typowo zimowa pogoda. Przyznam Ci się szczerze, że nie za bardzo lubię tej pory roku. Jestem zmarźluchem, który jesienią i zimą najchętniej nie wychylałby nosa spod kocyka czy pierzynki. W tym czasie uwielbiam też relaksować się w gorącej kąpieli. Zapalam zapachowe świece, przygotowuję sobie małą przekąskę i idę po delektować się tym krótkim momentem tylko dla mnie.


W takich chwilach próbuję przenieść się w czasie do cieplejszych dni. Wybieram kosmetyki owocowe, kojarzące mi się z wiosną bądź latem. Przy okazji delektuję się, owocami już nie tak słodkimi, ale budzącymi miłe wspomnienia lata. Tym razem wybór padł na truskawki, z którymi idealnie komponuje się Truskawkowy delikatny żel pod prysznic Le Petit Marseillais. 


Takie przywoływanie lata jest troszkę złudne. Zarówno owoce, jak i żel są nieco sztuczne. Zapach kosmetyku jest słodkawy, wyczuwa się goryczkę, kojarzy mi się bardziej ze słodyczami o tym smaku, niż z owocami. Mimo to, miło jest zanurzyć w wannie pełnej piany wytworzonej dzięki żelowi Le Petit Marseillais. Wystarczy niewiele produktu, żeby cała wanna wypełniła się miłą delikatną pianką. Zapach w połączeniu z wodą robi się subtelny. Skóra po kąpieli jest gładka i mięciutka. Żel pozostawia na niej ledwie wyczuwalną truskawkową nutę. 

Truskawkowe kosmetyki są rzadko spotykane w drogeriach. Dlatego myślę, że warto je wrzucić do koszyka podczas zakupów i spróbować przedłużyć lato z Le Petit Marseillais.

Etykiety: , ,

poniedziałek, 27 listopada 2017

Proszek z sieciówki



Pranie, pranie i jeszcze raz pranie. Czy u Ciebie też tak jest, że Twoja pralka niemal codziennie pracuje? Ja mam wrażenie, że ilość ubrań znajdujących się w pojemniku na "brudną bieliznę" mnoży się u nas od samego przebywania w nim. Robię pranie, wydaje mi się, że opróżniam kosz na pranie, uradowana po zdjęciu suchych ubrań składam suszarkę, która zaburza mój idealny wizerunek przedpokoju, a tu okazuje się, że pojemnik znów jest pełen. Już powoli zaczynam się przyzwyczajać, że suszarka na pranie to stały element wystroju naszego mieszkania. Choć marzy mi się posiadanie suszarki, dzięki której będę mogła wysuszyć ubrania zaraz po praniu bez konieczności rozwieszania ich.

Wracając do prania. Ostatnio przy takim większym praniu z pomocą przyszły mi środki piorące, które są dostępne w sklepach sieci Lidl. Korzystałam już nie raz ze środków chemicznych z Lidla i jestem z nich zadowolona. Jednak już dawno zrezygnowałam ze stosowania proszków do prania, ze względu na to że niejednokrotnie mnie zawiodły, więc do tego prania podeszłam z lekką rezerwą.

Jestem jednak osobą, która stara się dać wszystkim i wszystkiemu szanse, zanim wydam ostateczny werdykt. Tak też zrobiłam również w tej sytuacji. Stwierdziłam, że nie ma co skreślać czegoś, zanim się tego nie spróbuje. 

W moje ręce trafił proszek do prania Formil zarówno do prania białych rzeczy, jak i kolorowych. Dzięki temu miałam okazję sprawdzić jego możliwości w 100%. 


Na pierwszy rzut poszło pranie ciemnych ubrań. Czasem podczas prania czarnych czy granatowych rzeczy przy użyciu proszków do prania zdarzało mi się, że granulki proszku zostawiały ślady na koszulkach, niczym niewłaściwie użyty antyperspirat. Był to jeden z powodów, który skłonił mnie do przerzucenia się na produkty w płynie lub w kapsułkach. Wyjmując pierwszą rzecz z pralki od razu dokładnie ją obejrzałam i okazało się, że moje obawy były bezpodstawne. Wszystko było w idealnym porządku. Ubrania pozbawione były wszelkich zabrudzeń, ładnie pachniały (choć to chyba raczej zasługa mojego płynu do płukania) i co najważniejsze, nie posiadały białych śladów od proszku. Proszek do kolorów zdał swój egzamin. 



Nadszedł czas na trudniejsze zadanie. Pranie białego. Zastanawiałam się, czy przy użyciu proszku Formil uzyskam śnieżnobiałą biel, czy jednak będzie to mniej spektakularny odcień bieli. Ubrania trafiły do bębna, proszek do prania i płyn do płukania do szufladki, ustawiłam odpowiedni program i startujemy. Po godzinie pranie było gotowe do rozwieszania. Moim oczom ukazały się perfekcyjnie wyprane ubrania. Biel była zauważalna, nie można tutaj mówić o jakiejś złamanej bieli. Pranie wyglądało tak, jak wyglądać powinno. 


Muszę Ci się przyznać, że zrobiłam nawet mały eksperyment. Nie byłabym sobą, gdybym nie postawiła testowanemu produktowi wysoko poprzeczki. Wrzuciłam do prania bluzę na której znajdowały się plamy, których nie udało mi się usunąć podczas poprzedniego prania przy użyciu innego środka piorącego. Byłam pewna, że również tym razem wyciągnę ją z zabrudzeniami. Pewnie nie muszę Ci mówić jakie było moje zdziwienie, jak po wyjęciu bluzy z pralki i dokładnym jej obejrzeniu okazało się, że po plamach nie było ani śladu. Super!!! Dla mnie jest to najlepsza ocena całego testowania produktów Formil.

Drugie wyzwanie dla proszków Formil przygotował Kubuś. Odbierając go z przedszkola oprócz dziecka otrzymałam reklamóweczkę z brudnymi ubraniami. Kubuś miał małą niespodziankę i zabrudził kupką majteczki. Każda mama wie, że to jedne z najgorszych dziecięcych plam, a jeszcze nie zaprane od razu potrafią tak naprawdę nie odprać się w trakcie prania. Jednak nasz proszek do białego dał sobie radę, również z takim problematycznym zabrudzeniem. Majteczki z prania wyszły bez szwanku. Brawa dla Formil do białego.


Mogę śmiało polecić Ci proszki do prania Formil dostępne w Lidlu. Dopierają wszystko, nawet te trudniejsze plamy, a to chyba jest najważniejsze. Jedyne co zauważyłam, to w szufladce na środki piorące po praniu potrafiły zostać spore ilości proszku. Trudno mi jednak powiedzieć, czy to wina testowanego produktu czy mojej pralki. Poza tym faktem, proszki Formil pozytywnie mnie zaskoczyły. 

Jeśli również Ty chciałabyś przetestować proszki do prania Formil to od poniedziałku 27.12. do środy 29.12. będą dostępne w Lidlu w promocyjnej cenie 13,99 złotych za około 2 kg opakowanie, które starcza na 30 prań. 

Słyszałaś już wcześniej o tych proszkach? Miałaś okazje robić pranie przy ich użyciu? Jeśli tak to podziel się opinią na ich temat. 

wtorek, 21 listopada 2017

Smerfne urodziny Kubusia


Jejku nawet nie wiem kiedy minął miesiąc od urodzinowej imprezy Kubulka. Dni lecą jak szalone, a ja przecież chciałam Ci pokazać jak w tym roku świętowaliśmy kolejny rok życia mojego małego brzdąca. Tak naprawdę to już nie takiego małego, bo Kubuś ma już 3 latka. Już spory i rezolutny z niego chłopczyk. 

Jak co roku, i tym razem nie mogło być inaczej, impreza miała swoje hasło przewodnie. Jak już pewnie się domyślasz były to Smerfy. Brak czasu sprawił, że nie kombinowałam tak jak to miało miejsce w przypadku pierwszych i drugich urodzin. Jednak nie byłabym sobą, gdybym czegoś smerfnego nie wykombinowała.


Nie byłoby imprezy bez gości. A żeby goście się zjawili trzeba ich zaprosić. Za tegoroczne zaproszenia zabrałam się na tyle późno, że gdybyśmy wysyłali je gołębiem pocztowym, czy też po prostu pocztą mogłyby nie dotrzeć na czas. Dlatego postawiliśmy na nowoczesną technologię i mamuśka przygotowała smerfastyczne zaproszenia, które dostarczyliśmy gościom drogą elektroniczną. A co, tak też można.


Później zabrałam się za przeszukiwanie czeluści Internetu w poszukiwaniu smerfnych ozdób i powiem Ci, że nie było wcale tak łatwo znaleźć coś fajnego. Żeby skompletować rzeczy na których mi zależało, musiałam skorzystać z dwóch moich ulubionych sklepów z dekoracjami, a i tak nie dostałam wszystkiego. W moich oczach efekt był powiedzmy zadowalający, goście jak zwykle się zachwycali, co zawsze mnie podbudowuje. Jakie dekoracje u nas zagościły w tym roku? Była to girlanda ze smerfami, baloniki w kształcie smerfów, a także zastawa talerzyki, kubeczki i serwetki z wizerunkami niebieskich ludzików. Dodatkowo stół ozdobiłam zabaweczkami z jajek z niespodzianką


To już taka nasza tradycja, że wszystkie dzieci otrzymują mały upominek od jubilata. Kubuś wręcza go każdemu ze swoich gości na pożegnanie. W tym roku w smerfnych reklamóweczkach dzieci znalazły nie mniej smerfny prezencik, książeczkę "Moja bajeczka" z krótką historyjką oczywiście o Smerfach.


Ci którzy goszczą u nas co roku, już dobrze wiedzą, że na naszych imprezach jest sporo słodkości. Nasz jadalniany stół zamienia się w słodki bufet, na którym pojawiają się wcześniej wyczarowane przeze mnie i moją mamę cudowności. Tak jak pisałam wcześniej w tym roku nie miałam zbyt wiele czasu na organizację, więc postawiłyśmy na szybkie, a co za tym mniej pracochłonne przepisy. Na stole królował oczywiście kolor niebieski, przecież nie mogło być inaczej, w końcu nasze mieszkanie na ten krótki czas zamieniło się w wioskę smerfów. Było ciasto czekoladowe z niebieską polewą, białe donaty z niebieskimi esami floresami, kuleczki obtoczone w wiórkach kokosowych oraz niebieska galaretka w dwóch smakach. Nie lada gratką dla dzieciaków były żelki w kształcie smerfów po które specjalnie jechaliśmy do Niemiec, bo matce wariatce wymarzyło się że muszą one być w słodkim kąciku, a nie mogła ich znaleźć u nas w sklepach. Obok słoika z żelkami stanął drugi słój wypełniony po brzegi piankami również smerfnymi. Żeby jednak nie było za słodko, zawsze można u nas znaleźć pyszne owoce, które tak naprawdę znikają najszybciej ;)


Byłabym zapomniała o najważniejszym. O torciku. W tym roku skorzystałyśmy z opłatka z grafiką, nie zgadniesz jaką, hihi, wiadomo smerfną. Fajnie prezentował się w połączeniu z niebieską bitą śmietaną. Do tego dookoła umieściłyśmy małych niebieskich bohaterów, z naszej lidlowskiej kolekcji i wioska smerfów gotowa. Na środku obowiązkowo umieszczona 3 tylko czekała na swój czas kiedy będzie mogła zapłonąć.


Nie tylko Kubuś rozdawał prezenty podczas tej imprezy. Także, a wręcz przede wszystkim, on dostał sporo upominków. Nie będę się rozwodziła na ten temat, bo chciałabym stworzyć osobny wpis z propozycjami prezentów dla 3 latka. 


Niestety w tym roku nie do końca dopisali goście. Pochorowały nam się dzieciaczki. Pojawił się tylko jeden kuzyn z 4 zaproszonych szkrabów, na którego zawsze można liczyć, jest u nas co roku. Mimo wszystko szaleństw nie było końca. Chłopaki przy dźwiękach smerfnych hitów ganiali z jednego pokoju do drugiego, co rusz wymyślając inną zabawę. Nasze słodziaki łobuziaki. 

Tym razem również tata nie mógł uczestniczyć w imprezie. Zjazd na uczelni trochę pokrzyżował nam plany. Dość długo czekaliśmy z dmuchaniem świeczki i śpiewaniem sto lat licząc, że uda się tacie do nas dołączyć. Niestety.


Kubek jeszcze długo wspominał swoją smerfną imprezę, podczas której byłam jego smerfetką, a on moim małym smerfikiem. Do tej pory w dużym pokoju wisi smerfna girlanda i baloniki w kształcie smerfów. Chyba dopiero przy świątecznym dekorowaniu mieszkania Kubulek pozwoli je ściągnąć. Mi one zbytnio nie przeszkadzają, więc jeśli mogę mu w ten sposób sprawić przyjemność, to czemu nie.

A Ty też organizujesz tematyczne urodziny?

Etykiety: , ,

niedziela, 19 listopada 2017

Vivat Polonia!


W zeszłym roku pokazaliśmy Ci jak można świętować Dzień Niepodległości z dzieckiem. Stworzyłam na ten temat zarówno osobny wpis, jak i filmik z zabawami plastycznymi.Tym razem chcielibyśmy Ci pokazać jak można spędzić ten dzień we dwoje. 

Tegoroczny 11 listopada Artur wziął w swoje ręce. Przeglądając repertuar Filharmonii Szczecińskiej trafił na koncert "Vivat Polonia!" zorganizowany z okazji Narodowego Święta Niepodległości. Powiem szczerze, że nie byłam zachwycona tym pomysłem. Wyobraziłam sobie, że występ będzie składał się z utworów typu "Przybyli ułani pod okienko". Jakoś nie widziało mi się to. Jednak czego nie robi się dla swojego ukochanego mężulka. Poza tym zawsze lubiłam chodzić do filharmonii, a aż wstyd się przyznać ostatnio na koncercie byłam wieki temu. Dlatego bez zbędnego marudzenia przystałam na propozycję wyjścia we dwoje w ten sobotni wieczór. 


Filharmonia przywitała nas przepięknym anturażem. Z okazji Dnia Niepodległości przyodziała kolory polskiej flagi. Cudnie prezentowała się w połączeniu bieli i czerwieni. 


Koncert przygotowany przez Młodą Polską Filharmonię pod batutą Adama Klocka, laureata Grammy Award 2014, okazał się ciekawym połączeniem utworów odkrytych po latach. 

Jako  pierwszy została odegrana uwertura do opery "Aleksander i Apellesa" Karola Kurpińskiego, która przez 200 lat był uznawana za zaginioną i dopiero teraz po raz drugi zaprezentowana widowni po tak długim czasie od swojej premiery. 

Po krótkiej przerwie do młodych artystów dołączył Roman Spitzer, który jest docenianym altowiolistą. To właśnie on grał pierwsze skrzypce w czteroczęściowym koncercie skomponowanym przez Georga Phillippa Telemanna, który "jako pierwszy docenił altówkę jako samodzielny instrument, pisząc szereg dzieł z altówką solo"*. Właśnie jedną z takich kompozycji mieliśmy okazję wysłuchać. 

Zwieńczeniem koncertu "Vivat Polonia!" była Symfonia D-dur Wojciecha Darkowskiego również składająca się z 4 części. 

Cały koncert był lekki i przyjemny dla ucha. Spędziliśmy bardzo miły wieczór.


Jest to świetna propozycja na świętowanie tak ważnych dni. Tym razem zdecydowaliśmy się na wieczorny koncert we dwoje. W przyszłym roku postaram się znaleźć jakąś podobną propozycję dla całej rodziny.

Podziel się z nami, jak Tobie minął 11 listopada :)

Tekst źródłowy:
Program Filharmonii Szczecińskiej

Etykiety: ,