piątek, 28 sierpnia 2015

A może budyń


Z przykrością muszę przyznać, że mój synek to mały niejadek. Grymasi na większość posiłków. Eksperymentujemy z różnymi daniami, zarówno tymi ze sklepu, jak i własnej roboty. Próby niejednokrotnie są nieudane, jednak nie zraża mnie to i dalej kombinuję, co mogłoby przekonać Kubę do jedzenia. Jednym z trafionych pomysłów jest budyń.



Czego użyłam, żeby sporządzić pyszną przekąskę dla mojego brzdąca. Mleka modyfikowanego, mąki ziemniaczanej i żółtka. Tak niewiele składników, a jaki smakołyk można stworzyć dzięki nim.


Pierwszy etap jest najłatwiejszy. Mleko dla Kuby robię już niemal z zamkniętymi oczami. Jest niewielka różnica. Do 150 ml wody należy wsypać tyle porcji mleka, jakby miało się przyrządzić 200 ml. Tak przygotowane mleko przelewam do garnuszka.


Następnie do mleka dodaję żółtko i dokładnie mieszam. Najlepiej ustawić dość niską temperaturę, żeby nie zrobiła się jajecznica.


Kolejny krok to dodanie mąki ziemniaczanej. Najpierw trzeba jednak sporządzić miksturę z 50 ml wody i 2 łyżeczek mąki. Powstały płyn powoli wlewam do garnuszka, dokładnie mieszając.


Teraz można już zwiększyć temperaturę grzania. Cały czas mieszając czekam, aż na powierzchni pojawią się bąbelki. To znak, że płyn zamienił się w budyń.


Wystarczy przelać go do ulubionej miseczki i gotowe.


Budyń można podać sam, bądź z musem owocowym. Ja połączyłam go z wcześniej przyrządzonym musem brzoskwiniowym.


Mina Kubulka chyba mówi sama za siebie. Zajadał, aż mu się uszy trzęsły.

Etykiety:

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Urodziny w Grey'u



Minęło już 10 miesięcy odkąd Kubuś pojawił się na świecie, a my zakochani w swoim dziecku po uszy rodzice jeszcze ani razu nie zostawiliśmy naszego szkraba na noc u dziadków. Plany planami, a odpowiedzialność wzięła górę. To w końcu nasze dziecko i decydując się na zostanie rodzicami, to na nas spoczywa obowiązek opieki. Jednak kiedyś musi być ten pierwszy raz, który przypadł z okazji moich urodzin. 


Razem z kochanym mężulkiem i przyjaciółmi, wybraliśmy się do szczecińskiego Grey Club na świętowanie podwójnych urodzin, moich i naszej przyjaciółki, jeszcze raz moc buziaków kochana :*


Mimo, że Grey Club funkcjonuje już od niemal roku, odwiedziliśmy go po raz pierwszy, gdyż jego otwarcie zbiegło się w czasie z narodzinami Kubusia. Miejsce to bardzo przypadło nam do gustu. Lubimy takie klimaty. Wszechobecna biel sprawia, że lokal jest bardzo elegancki, rzekłabym że wręcz ekskluzywny. Dodatkowo różnokolorowe światła potęgowały ten efekt.



Muszę również pochwalić barmana, za wyśmienitego drinka. Sex on the beach, of course.


Pokręciliśmy nóżką, choć nie powiem, trochę wypadłam z obiegu jeśli chodzi o aktualne hity dyskotekowe, przez co nie zawsze odpowiadała mi muzyka grana przez dj'a. A ze mną jest tak, że jak czegoś nie znam to nie do końca się przy tym dobrze bawię.


Mimo to, wypad do Grey'a uważam za udany. Na pewno jeszcze kiedyś odwiedzimy to miejsce. Może już w październiku z okazji okrągłych urodzin Artura. Pomyślimy ;)

Etykiety:

niedziela, 23 sierpnia 2015

Festiwalowa sobota


Wczoraj w naszym mieście odbyły się dwa festiwale. Jak tylko dowiedzieliśmy się o tych imprezach od razu wiedzieliśmy, że chcemy się na nie wybrać.


Pełni nadziei wybraliśmy się na Psią Polanę w Parku Kasprowicza, gdzie zostały zorganizowane te dwa wydarzenia. Szkoda, że na zdjęciu za bardzo nie widać mojej miny, bo idealnie przedstawiała moje, a właściwie nasze, wrażenia. I o co tyle szumu?


Festiwal baniek mydlanych zaplanowany został na 4 godziny od godziny 14. Z czystym sumieniem musimy się przyznać, że nie byliśmy na nim od samego początku, bo niestety podczas takich wydarzeń w okolicach Parku Kasprowicza bardzo ciężko jest znaleźć miejsce do zaparkowania, w związku z tym dotarliśmy z pół godzinnym opóźnieniem. I tu się nasuwa pytanie, czy ominęła nas największa bańkowa atrakcja, czy mieliśmy wygórowane oczekiwania co do imprezy? Wyobrażaliśmy sobie, mnóstwo baniek fruwających w powietrzu, taki bańkowy zawrót głowy. Rzeczywistość rozczarowała nas. Co prawda niemal każda osoba bawiła się w puszczanie baniek, używając własnych rekwizytów, bądź przygotowanych przez organizatorów, ale brakowało nam bańkowego szaleństwa, na hurra, wszyscy razem. Organizatorzy przygotowali miejsce gdzie organizowane były konkursy na największą bańkę mydlaną. Byli też animatorzy przebrani za clown'ów puszczający olbrzymie banie. Jednak oczekiwaliśmy czegoś bardziej efektownego, co wywoła na naszych twarzach uśmiech i wielkie WOW.


Punkt 16:00 miało miejsce drugie wydarzenie. Za sprawą Color Fest na Psiej Polanie pojawiła się feria barw. Spora grupa chętnych do zabawy zebrała się w jednym miejscu dzierżąc w ręku woreczki ze specjalnym kolorowym proszkiem, każdy miał możliwość wybrać z pośród 7 kolorów jeden swój ulubiony. O wcześniej umówionej godzinie, wszyscy podrzucili proszek w powietrze i dzięki temu powstał fajny mix kolorów.

Etykiety:

wtorek, 18 sierpnia 2015

Woliński świat Wikingów


Co prawda sama wyspa Wolin nie jest nam obca. W dzieciństwie nie raz przez nią przejeżdżaliśmy w drodze nad morze. Jednak leżący tuż obok skansen wikingów znaliśmy jedynie ze słyszenia. Dlatego postanowiliśmy ostatni wypad nad morze wykorzystać do poznania tego zakątka. 


Na teren na którym zlokalizowany jest skansen wchodzi się przez bramę. Jest on w całości otoczony wałami obronnymi. Może nie należy on do największych, jednak jest wystarczający do tego, żeby pokazać jak funkcjonowali kiedyś ludzie. 


Miłośnicy broni, mogą cofnąć się na chwile w czasie dzierżąc w dłoni miecz, oszczep, a nawet topór. 


Godna uwagi jest precyzja z jaką zostało stworzone to miejsce. To sprawia, że można się poczuć jakbyśmy żyli w tamtej epoce.


Zwiedzanie skansenu nie kończy się na przechadzce po jego terenie i oglądaniu budynków z zewnątrz. Do każdego z nich można wejść i podziwiać w nich repliki mebli oraz przedmiotów używanych na co dzień 1000 lat temu.

Naszą wycieczkę skończyliśmy oglądając to miejsce z innej perspektywy. Udaliśmy się na drewnianą wieżyczkę zlokalizowaną przy bramie z której rozpościera się doskonały widok nie tylko na wioskę, ale również na pobliską wyspę Wolin. 

Etykiety:

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Sierpniowy długi weekend



Za nami kolejny aktywny weekend. Tym razem nieco dłuższy, bo już od czwartku tatuś miał wolne w pracy. W obawie przed końcem tak ładnej pogody postanowiliśmy wybrać się na dwie wycieczki, nad morze podczas której odwiedziliśmy Wolin i Wisełkę oraz nad zalew do Nowego Warpna. W sobotę popołudniu mały został ekspediowany do dziadków, żeby rodzice po raz pierwszy od pojawienia się Kubulka na świecie mogli wyjść na imprezę. A wszystko to z okazji maminych urodzin. Oj działo się w ten weekend sporo. Na pewno będzie o czy pisać w najbliższym czasie.  

Etykiety:

środa, 12 sierpnia 2015

Sobotni spacer na Wałach Chrobrego



Był weekend i po weekendzie. Znów przeleciał nam między palcami. Sobotę spędziliśmy poza domem. Stwierdziliśmy, że nie będziemy się kisić jak te ogórki w czterech ścianach i trzeba przejść się w tak ładny dzień gdzieś na spacer. Wybraliśmy jedno z naszych ulubionych weekendowych miejsc spacerowych, które jednocześnie wydało nam się najlepsze do tego, żeby można było skryć się przed mocnymi promieniami słońca. Przeszliśmy się alejką, jednocześnie kryjąc się pod bujnymi konarami drzew.


 Po krótkiej przechadzce przycupnęliśmy na ławeczce.


Żeby odsapnąć i popstrykać trochę rodzinnych fotek. 


I co najważniejsze napić się troszkę wody. W takie upalne dni trzeba pamiętać o piciu, bo bardzo łatwo się odwodnić.  


Po chwili odpoczynku podreptaliśmy dalej. Nagle Kubuś zobaczył na horyzoncie coś interesującego, wielkiego rekina znajdującego się przy jednej z restauracji. Radość na jego widok była ogromna. Z zainteresowaniem rwał się do wielkiej rybki. Musiał zajrzeć do jej wielkiej paszczy i dotknąć kłów. Jakże byliśmy zaskoczeni widząc jego reakcję. Szybciej spodziewalibyśmy się, że przestraszy się, a tu taka niespodzianka.



Niestety rodzice musieli przerwać zabawę. Trzeba było wracać do domu na obiad. Jakież było niezadowolenie małego buntownika, że już musimy iść. Całą drogę do auta miał skwaszoną minę. 




A byłabym zapomniała. Coś dla maruderów wg których w Szczecinie nic się nie dzieje. W związku z festiwalem sztucznych ogniów Pyromagic, który odbywał się w weekend zawitało do naszego miasta Radio Zet. Wystawiło swoją kawiarenkę z której odbywały się transmisje na żywo. My nie przepadamy za kawą, w związku z czym nie zajmowaliśmy miłośnikom tego trunku miejsca na kanapach, ale dla niedowiarków uwieczniliśmy na zdjęciu ten klimatycznie zorganizowany namiot zetki. 

Etykiety:

piątek, 7 sierpnia 2015

Oczko pod kontrolą


06:00 dzwoni budzik. Tym razem to nie Kubuś zrobił pobudkę, tylko mama przy współudziale budzika. Dzisiaj mieliśmy wizytę u okulisty, stąd ta pobudka skoro świt. To nasza pierwsza wizyta w przyszpitalnej poradni. Do tej pory byliśmy 2 razy na oddziale, dlatego wolałam wcześniej wstać, na spokojnie się uszykować i wyjść około 7, żeby mimo porannych korków i poszukiwania wolnego miejsca być nieco przed czasem. Okazało się, że nieco to mało powiedziane, korków nie było, miejsce znaleźliśmy od razu i takim sposobem już o 07:30 jako pierwsi pojawiliśmy się przed gabinetem i czekaliśmy na wizytę. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Całe szczęście, że byliśmy tak wcześnie. Zaraz po nas przyszli kolejni pacjenci, wszyscy na 08:00. Jak się okazało w poradni funkcjonuje zasada, kto pierwszy ten lepszy, dzięki czemu najkrócej musieliśmy czekać na przyjęcie przez lekarza. Wizyta okazała się dla nas udana. Kubuś nadal nie musi mieć operacji. W dalszym ciągu mamy go rehabilitować poprzez 3-4 godziny obturacji dziennie. Następna wizyta kontrolna za pół roku. Bardzo się cieszymy, że oczko naszego szkraba nie jest w takiej złej kondycji jak na początku straszyli nas lekarze. Teraz tylko czeka nas ciąg dalszy plasterkowych zmagań.


Byłabym zapomniała. Po zakropieniu oczek przez panią doktor musieliśmy trochę poczekać na rozszerzenie się źrenic małego, co było konieczne do szczegółowych badań. W tym czasie chłopaki odkryli miarkę wzrostu. Wg pomiaru nasz brzdąc ma już ok. 75 cm. Rośnie nam chłopak jak na drożdżach. 

Etykiety:

czwartek, 6 sierpnia 2015

Instaspotkanie


Dziś razem z Kubulkiem mieliśmy okazję poznać bardzo sympatycznych ludzi. W naszym mieście już po raz drugi odbyło się spotkanie mam i dzieciaków z Instagram'u. Na pierwszym spotkaniu nie udało nam się pojawić, bo akurat byliśmy nad morzem, dlatego niezmiernie cieszę się, że tym razem dołączyliśmy do tak fajnego grona. 


Całą grupą opanowaliśmy Cafe Niebko, które jest wspaniałym miejscem na takie zloty z dzieciakami. Maluchy buszowały po podłodze bawiąc się dostępnymi na miejscu zabawkami, również specjalnie przygotowany kącik zabaw przypadł brzdącom do gustu. My mamuśki miałyśmy czas na pogawędki, oczywiście nie spuszczając z oczu swoich pociech. Mam nadzieję, że to nie ostatnie spotkanie w tym gronie. Już chętnie piszę się na kolejny wspólny wypad.


Etykiety:

środa, 5 sierpnia 2015

Okna na celowniku


Już wiem co będziemy robić w weekend. W końcu umyjemy okna. Jeszcze nigdy nie cieszyłam się z mycia okien. Zawsze był to dla mnie przykry obowiązek, który zaniedbywałam. Nie będę ukrywać, po prostu nie lubiłam tego. A na dodatek przerażała mnie wysokość 3 piętra. Brrr, aż ciarki przechodzą mnie na samą myśl. To skąd ten mój entuzjazm. Wszystko dzięki odkurzaczowi do okien, który właśnie dziś do nas dotarł. Liczę na niego, że za jego sprawą moje okna będą lśnić jak nigdy dotąd. Zobaczymy jak to będzie. Okaże się już niedługo.


Już jeden pomocnik, aż rwie się do pracy, zobaczymy czy tatuś też będzie taki chętny.


Etykiety:

wtorek, 4 sierpnia 2015

Chrzciny Kubusia





Właśnie siedzę i zajadam tort z chrzcin małego. Już minęły 2 dni od tej uroczystości. Wszystko wyszło tak jak zaplanowałam. Zupełnie niepotrzebnie się stresowałam. Najbardziej przejmowałam się samym sakramentem, że coś poplączę, nie będę wiedziała co zrobić danym momencie, coś nie tak powiem. Okazało się, że byłam najlepiej przygotowana i moje nerwy były nieuzasadnione, ale to u mnie norma. Ten mój perfekcjonizm kiedyś doprowadzi mnie do grobu. 


Mały wyglądał cudnie, tak jak sobie go wyobrażałam. Krótkie spodenki na szeleczkach, podkolanówki, lakierki, niczym mały książę. Niestety póki co nie mogę pochwalić się zdjęciami, ale jak tylko otrzymam je od naszego rodzinnego fotografa na pewno pojawi się fotorelacja.


W restauracji mieliśmy małą rozpustę. Wybrane przeze mnie dania były przepyszne. Tak chciałam, żeby przyjęcie było idealne, że chyba przegięłam z ilością zamówionych potraw, pod koniec wszyscy mieli jedzenia po dziurki w nosie. Takim oto sposobem tort, który był przygotowany na koniec, niemal w połowie zabraliśmy do domu. Wracam do delektowania się przepysznym cytrynowym torcikiem, mmmm, palce lizać.

Etykiety: