wtorek, 23 grudnia 2014

Przedświąteczny czas




Jutro już Wigilia, jakoś to do mnie nie dociera. Przez nasze ostatnie perypetie całkowicie ominął mnie przedświąteczny szał zakupowy. Może to przez to nie czuję do końca tej świątecznej atmosfery. Pierwszy raz od wielu lat omija mnie przygotowanie potraw, które będą zaserwowane na wigilijnym stole. Niejedna osoba cieszyłaby się z faktu, że nie musi przez parę ładnych godzin ślęczeć nad garami, a mi tego trochę brakuje. Odbiję sobie w przyszłym roku, kiedy już będę miała na tyle urządzone mieszkanko, że będę mogła zaprosić rodzinkę na wigilijną wieczerzę. Póki co mogłabym chyba zorganizować ją na podłodze, a wszystkiemu winien brak stołu. Takim oto sposobem kolejne święta spędzimy u moich rodziców, w małym, bardzo rodzinnym gronie. 

Dziś Kubuś kończy 2 miesiące. Jak ten czas zleciał. Jeszcze pamiętam jak nosiłam go w brzuszku. Ciekawa jestem czy mały będzie pamiętał w przyszłości swoje pierwsze święta. Mam nadzieję, że tak. Przygotowaliśmy dla niego kilka prezentów. Myślę, że najbardziej będzie zadowolony z niespodzianki od babci Lili. Jutro okaże się na co najbardziej zaświecą mu się oczka. 

Póki co idę szykować kreacje na jutrzejszy dzień.

Etykiety:

środa, 17 grudnia 2014

Hospitalizacja maluszka

źródło: http://szczecin.gazeta.pl/szczecin/51,34959,17104737.html?i=11
I znów zniknęliśmy na trochę. To wszystko przez to, że razem z młodym wylądowałam w szpitalu. Całe szczęście, że oddział pediatryczny posiada możliwość całodobowego hotelowego pobytu z najmłodszymi pacjentami, dzięki czemu mogłam spędzić tygodniową hospitalizację razem z małym, w nieco bardziej "komfortowych" warunkach, niżeli siedzenie na niewygodnym krześle przy łóżeczku dziecka. Okazało się, że bakterie które wykryto w moczu Kubusia to nie przelewki. Początkowo nasz pobyt rozpoczął się od obserwacji, później zastosowano leczenie sekwencyjne. Wprowadzono dożylny antybiotyk, a po dwóch dniach po udanej próbie podania antybiotyku doustnego mogliśmy wrócić do domku i już w domowych warunkach dalej dochodzić do zdrowia. Taka metoda leczenia okazała się w naszym przypadku strzałem w dziesiątkę. Sprawdziło się stwierdzenie "nie ma to jak w domu", gdzie człowiek odżywa, od razu lepiej się czuje i szybciej wraca do zdrowia. Tak też jest w przypadku Kubusia, z apatycznego niejadka, stał się aktywnym żarłoczkiem. Żal mi mojego maluszka, że musiał trafić do szpitala i tak szybko był faszerowany antybiotykami. Mam nadzieję, że już taka sytuacja się nie powtórzy. 

Etykiety:

sobota, 6 grudnia 2014

Ho, ho, ho ... Czy są tu jakieś grzeczne dzieci?



Jak ja lubię ten przedświąteczny czas. Klimat jaki ogarnia nas ze wszystkich stron sprawia, że na twarzy pojawia się uśmiech, a jak na dodatek u boku ma się słodkiego malca, to jeszcze większa radość. Dziś są pierwsze mikołajki Kubusia. Niestety jest jeszcze na tyle malutki, że nie mógł iść na imprezę mikołajkową organizowaną w pracy tatusia. Mimo to św. Mikołaj go nie ominął. Najwyraźniej uznał, że Kubulek jeszcze nie zdążył nabroić i był grzecznym dzieckiem ;) Takim oto sposobem młody stał się posiadaczem dwóch nowych zabawek, pianinka i pieska. Pierwszą z nich szczególnie sobie upodobał, coś czuję, że nasze maleństwo ma talent muzyczny. Na drugą póki co robi wielkie zdziwione oczy, w stylu "cóż to za dźwięk", może dlatego że zabaweczka przeznaczona jest dla nieco starszych dzieci, ale to nic dzieci szybko rosną i nawet się nie zdążymy obejrzeć zabawka będzie w sam raz. Największą frajdę jednak sprawił Kubusiowi leżaczko-bujaczek, który Mikołaj podarował mu po konsultacji z rodzicami ;) Mały siedzi na nim niczym król i relaksuje się przy włączonych wibracjach. Nowe cudo działa na niego bardzo uspokajająco. Już wiem co mieli na myśli moi rodzice mówiąc jakim szczęściem dla rodzica jest sprawienie dziecku radości. Uśmiech na twarzy dziecka jest bezcenny i zastępuje tysiące słów. Pierwsze mikołajki małego możemy uznać za udane :)

Etykiety:

piątek, 5 grudnia 2014

Siku tu, siku tam



Wielki lament, płacz, w stylu "tak mi źle, tak mi źle mamo ...". Oho, skończyło się. Kubuś dotąd nad wyraz spokojne dziecko, zmienił się w małego płaczka. I bądź tu mądry, o co mu chodzi? Niestety, okazało się, że prawdopodobnie dopadła nas infekcja. Żeby do tego dojść koniecznych było kilka badań moczu. Takim oto sposobem stałam się mistrzynią od pobierania próbki do badania. Gimnastyki przy tym mieliśmy co nie miara. Za pierwszym razem zostałam obsikana, przy drugim pobraniu niczym ekspert złapałam wszystko do pojemniczka, trzeci raz niestety był drogą przez mękę, bo małemu akurat nie chciało się siusiu. 

Bardzo ważne jest odpowiednie przygotowanie. Trzeba dokładnie umyć maleństwo w okolicach intymnych, najlepiej zrobić to przy użyciu ciepłej wody i gazika bądź wacika. W przypadku dziewczynek delikatnie przecieramy wszystkie zakamarki warg sromowych w kierunku od przodu do tyłu, przy chłopcach odciągamy napletek i dokładnie przecieramy żołądź. Zwarci i gotowi, bierzemy się do akcji siusiu. Może to niektórych zdziwić i zrobią wielkie oczy w stylu "jak to? przecież teraz czas na instalację specjalnego woreczka do pobierania próbki moczu u niemowląt". Ja naczytałam się wiele na ich temat i postanowiłam, że wykorzystam standardowy pojemniczek, z którego korzystają również dorośli, tym bardziej, że nasz pediatra również nas do tego przekonywał. Jak ja się cieszę w tej sytuacji, że mam synka i mogę jego sikawkę nakierować w odpowiednim kierunku, dzięki czemu łatwiej mi pobrać próbkę (teraz to jestem taka mądra, za pierwszym razem nie było to takie proste ;)), w przypadku dziewczynek jest pewnie nieco trudniej. Należy pamiętać, że do badania trzeba łapać środkowy strumień moczu. Ot i to taka oto właśnie filozofia pobierania moczu. Jak uda nam się właściwie pobrać próbkę pozostaje nam tylko dostarczyć ją do laboratorium w przeciągu 2 godzin. Aaa i jeszcze jedno, bezworeczkowa metoda jest dobra zarówno w przypadku badania ogólnego, jak i specjalistycznego na posiew. 

A co zrobić, jak maleństwo nie ma akurat nastroju na sikanie. Jak mnie spotkał taki bunt, zgłupiałam. Próbowałam przemywać okolice intymne nieogrzaną nawilżoną chusteczką pielęgnacyjną, wydawałam z siebie znany dźwięk "siiiii", niestety nic to nie dawało, musiałam się naczekać. Po tej sytuacji zajrzałam do internetu i teraz mam nadzieję, że szybciej poradzę sobie z moim opornym synusiem. Ponoć z tego typu trudnościami można walczyć masując brzuszek w dolnym odcinku, łaskocząc po pleckach w okolicy lędźwiowej lub robiąc mały masaż mięśni grzbietu kierując się wzdłuż kręgosłupa od góry ku dołowi. Czy to działa? Nie wiem, ale na pewno wypróbuję te metody przy następnej okazji, oby jak najpóźniej.

Etykiety:

wtorek, 2 grudnia 2014

Domowa pralnia



Chyba nie trzeba nikomu mówić, że jak pojawia się na świecie dziecko, życie świeżo upieczonej mamy kręci się przede wszystkim wokół karmienia i przewijania maleństwa. Jednak jest jeszcze jedno zajęcie, które poniekąd łączy się z wcześniej wspomnianymi - pranie. A tu się dzieciątku uleje, innym razem się zsika, a w przypadku chłopców nawet podczas przewijania może się zdarzyć, że konieczne będzie kilkukrotne przebieranie. Mała rewia mody powoli staje się codziennością. Takim oto sposobem młoda mama może się pochwalić, że otworzyła pralnie. Codzienne pranie to norma. Domowa pralnia powinna być zaopatrzona w produkty przygotowane z myślą o wrażliwej dziecięcej skórze. W sklepach można wybierać spośród szerokiej gamy produktów, począwszy od standardowych proszków do prania, przez żele skończywszy na płynach.  Ja postanowiłam wypróbować proszek i żel, dodatkowo kupiłam również płyn do płukania oraz odplamiacz, wszystko dedykowane najmłodszym konsumentom. Decydując się na zakup wybrałam znaną Jelp i muszę stwierdzić, że nie zawiodłam się. Ubranka po praniu są mięciutkie i nie elektryzują się, a ich zapach jest na tyle delikatny, że nie przeszkadza czułemu na zapachy dziecku. Bardzo istotne i myślę, że najważniejsze dla mnie jest również to, że żaden z wymienionych produktów nie wywołuje u mojego maleństwa reakcji alergicznych, pewnie jest tak dzięki specjalnej hipoalergicznej formule. Mimo częstego stosowania zarówno proszek, jak i żel, są na tyle wydajne, że starczają na dość długo. Wiem, że wiele osób może przerażać cena, ale ja wychodzę z założenia, że na dziecku nie warto oszczędzać, bo czasem odbija nam się to czkawką, chociażby w momencie pojawienia się alergii na tańszy, z nie tak dobrze skomponowanym składem produkt. 

Etykiety: