czwartek, 25 sierpnia 2016

W końcu Szczecin leży nad morzem



Jak myślicie, czy te ładne dni które pogoda przygotowała dla nas na koniec tygodnia to już ostatnie podrygi lata? My wolimy nie ryzykować i wykorzystujemy je niczym cytrynę wyciskaną do ostatniej kropli. Dziś na przykład zaraz po powrocie Artura z pracy wybraliśmy się na plażę. 


Tak dobrze przeczytaliście, w Szczecinie mamy plażę. W końcu nie raz słyszałam opinię mieszkańców innych regionów Polski, że Szczecin leży nad morzem, to nie powinna nikogo dziwić szczecińska plaża.  Dobra, koniec ściemniania, ta nasza plaża to taka nadrzeczna, a nie nadmorska. Usytuowana jest nad Odrą i rozpościera się z niej przepiękny widok na Wały Chrobrego. 




Z tego co słyszałam jej zagospodarowanie pochłonęło trochę pieniędzy, ale za to znajdują się na niej leżaki, hamaki, parasole, poduchy, a dla najmłodszych nawet zabawki którymi mogą bawić się w tej wielkiej miejskiej piaskownicy. 








Właśnie w takie dni jak dzisiejszy, kiedy słonko rozpieszcza nas swoimi cieplutkimi promieniami, pakujemy coś do picia, małą przekąskę i wyruszamy na naszą miejską plażę. Dzieli nas od niej jedynie parę minut, a jest to ciekawa alternatywa na cieple dni. 


A w Waszych miastach też są takie miejsca? Co sądzicie o takim pomyśle?

Etykiety:

czwartek, 18 sierpnia 2016

Zastrzyk hialuronowy z Mixa

Pod koniec lipca trafiła do mnie paczuszka od ofeminin.pl. Dzięki temu, że jestem w gronie Ambasadorek Klubu Ekspertek tego portalu mam możliwość testowania ciekawych produktów. Dzięki temu mogę przedstawiać Wam recenzje o kosmetykach różnych marek, choć nie tylko.

Tym razem w moje ręce trafił krem do twarzy marki Mixa. Nie będę ukrywała, że jest to mój pierwszy kontakt z tą francuską marką. Co prawda słyszałam o niej wcześniej, ale do tej pory żaden z produktów z pomarańczowo-białym logo nie trafił do mojej szuflady z kosmetykami. Po raz pierwszy rzuciła mi się ona na półce z kosmetykami dla dzieci, gdy rozglądałam się w poszukiwaniu preparatów idealnych do pielęgnacji Kubusia, mój brzdąc był jeszcze malutki, stwierdziłam, że nie będę eksperymentować i wtedy wybór padł na emolienty. Potem na długi czas zapomniałam o tej marce, aż do teraz gdy ofeminin.pl przypomniało mi o jej istnieniu, co mnie bardzo cieszy. Uwielbiam Francję, a to właśnie tam w 1924 roku, w jednej z aptek, w moździerzu z mieszanki produktów aktywnych stosowanych do produkcji leków, został stworzony pierwszy produkt Mixa. Tak do dziś, z dbałością o znakomitą kondycję wrażliwej skóry marka zachwyca francuski, a od 2015 także i polki. 

Przedstawiam Wam głównego bohatera dzisiejszego wpisu. Jest nim krem intensywnie nawilżający Mixa HYALUROGEL.


Krem umieszczony został w tradycyjny szklany słoiczek. Dużo bardziej wolę szklane pojemniczki, od tych plastikowych, są bardziej estetyczne i elegancko prezentują się na półeczce. Ich jedynym minusem jest możliwość stłuczenia słoiczka, a przy małym domowniku i jego chęci schwytania  w rączki wszystkiego co niedozwolone o nieszczęście nie trudno. Mimo wszystko jestem zwolenniczką szklanych opakowań i to, które zaproponowała Mixa w pełni mnie zadowala. Minimalistyczna szata graficzna nie razi w oczy. Jedynym zastrzeżeniem jest brak szpatułki do nakładania produktu. Dziwi mnie, że praktycznie żaden z producentów nie pomyśli o dołączeniu takiego czegoś do kremu umieszczonego w słoiczku, wg mnie codzienne dotykanie kremu znajdującego się w opakowaniu nawet czystymi dłońmi jest niehigieniczne i może mieć negatywny wpływ na produkt. Wydaje mi się, że firma która nawet na słoiczku umieszcza napis "Formuła stworzona pod kontrolą medyczną" powinna dbać o takie niuanse. Niemniej jednak marka Mixa nie jest jedyną marką, która o tym nie myśli, dlatego nie jest to powód do rezygnacji z ich produktu. 



Marka Mixa szczyci się tym, że formuły ich produktów stworzone są pod kontrolą medyczną. Oczywiście na pudełeczku testowanego kremu można znaleźć taką informację. Dodatkowo dowiadujemy się, że produkt jest hipoalergiczny, a w jego składzie nie znajdziemy parabenów i barwników. Mixa z dumą nosi tytuł nazywa się eksperta skóry wrażliwej i nie boi się na opakowaniu zamieszczać swojego zobowiązania, którego treść znajdziecie poniżej.


Brzmi obiecująco, wygląda na to, że osoby z problematyczną skórą powinny być zadowolone z tego produktu. 

Mnie zainteresowała notatka o zawartości kwasu hialuronowego. Razem z gliceryną stanowi on 7% składu kremu. Ten naturalny składnik budulcowy skóry podobno potrafi wchłonąć nawet 1000 razy więcej wody niż sam waży. 

W związku z tym, że ja nie jestem ekspertką od składów produktów, poniżej wrzucam Wam skład Mixa HYALUROGEL, który znajduje się na jego opakowaniu:

Aqua / Water, Glycerin, Dimethicone, Caprylic / Capric Triglyceride, Squalane, Ammonium Polyacryldimethyltauramide / Ammonium Polyacryloyldimethyl Taurate, BHT, Biosaccharide Gum-1, Caprylyl Glycol, Copper Gluconate, Dimethiconol, Disodium EDTA, Magnesium Aspartate, Phenoxyethanol, Poloxamer 338, Sodium Hyaluronate, T-Butyl Alcohol, Xanthan Gum, Zinc Gluconate, Parfum / Fragrance. (F.I.L. B181251/1).


Krem intensywnie nawilżający HYALUROGEL ma wodno-żelową konsystencję, dzięki czemu bardzo łatwo rozprowadza się. Producent zalecał stosowanie HYALUROGEL dwa razy dziennie. Starałam się postępować zgodnie z tymi wytycznymi. Mimo, że krem szybko się wchłania pozostawiał na mojej twarzy lekko kleisty filtr. W dni kiedy nie nakładałam podkładu na twarz, zauważyłam że tak mocne nawilżenie skóry uwydatnia nakładany przeze mnie na policzki róż i rozświetlacz co nie do końca mi odpowiadało, dlatego w dni kiedy nie stosuje podkładu używam inny krem na dzień. Mixa jest za to świetnym kremem na noc. Po jego nałożeniu niemal natychmiast widać rezultaty. Skóra jest pełna blasku, wygląda naprawdę świeżo. Świetnie sprawdza się po całym dniu spędzonym na słońcu, gdyż jego żelowa konsystencja działa niemal jak kojący okład, a w takie dni jest to zbawienne dla skóry. Krem ma przyjemny, delikatny zapach, choć nie każdemu może on przypaść do gustu. 


Po 3 tygodniach stosowania kremu intensywnie nawilżającego HYALUROGEL, śmiało mogę go polecić jako produkt na noc. Jest on wtedy niczym zastrzyk energii, dla zmęczonej całym dniem skóry. Faktycznie mocno nawilża skórę i widać to już po pierwszym zastosowaniu. Skóra jest gładka, elastyczna i promienista. Jeśli chodzi o używanie tego produktu na dzień, stanowi on świetne połączenie z podkładami, natomiast trzeba uważać podczas nakładania samego różu czy rozświetlacza, bo naprawdę łatwo uzyskać efekt matrioszki. Szkoda, że producent nie postawił na bezzapachową formułę, który z pewnością bardziej sprawiłby, że krem przypadnie do gustu większej ilości odbiorców. Niewątpliwym atutem HYALUROGEL, jest skład pozbawiony parabenów i barwników.

Jeśli zainteresował Was krem intensywnie nawilżający HYALUROGEL i chcielibyście poczytać na jego temat trochę więcej zachęcam do odwiedzenia strony ofeminin.pl, gdzie znajdziecie opinie innych osób które miały okazje go wypróbować.

Wpis dzięki współpracy z Klub Ekspertek ofeminin.pl

Etykiety: ,

czwartek, 11 sierpnia 2016

Jason Bourne


Jason'a Bourne'a nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Jego perypetie na szklanym ekranie w mniejszych lub większych odstępach czasowych pojawiają się już od początku XXI w. Dobra dobra, zabrzmiało jakby ta seria była nie wiadomo jakim starociem, to tylko, a może aż 15 lat. 

Obecnie po 9 latach przerwy w kinach wyświetlany jest kolejny film o niezwykle wyszukanym tytule "Jason Bourne". Trochę jesteśmy zdziwieni, bo poprzednie filmy nosiły tytułu zgodne z książkowymi odpowiednikami, natomiast nie przypominamy sobie, żeby którakolwiek z książek Eric'a Van Lustbader'a, który kontynuował serię książkową po śmierci Ludluma, nosiła tak banalny tytuł. Cóż producenci chyba postanowili w ten sposób zamknąć drzwi z napisem Jason Bourne i postawić grubą kreskę na wielkoformatowej wersji opowieści o tym tajnym agencie. Choć zakończenie filmu nie do końca na to wskazuje. Zacznijmy jednak od początku.

Nielegalna walka wręcz zorganizowana z dala od cywilizacji. Przyjeżdża Bourne, jednym ciosem powala na łopatki swojego przeciwnika. W równoległym czasie Nicky Parsons odwiedza dziuplę hakerów w Islandii, łączy się z serwerami CIA i wykrada ważne poufne dane, wśród których oczywiście znajdują się informacje na temat głównego bohatera. Po zapoznaniu się z dokumentami pojawia się na kolejnej nielegalnej walce odbywającej się w stolicy Grecji. Bourne'owi na początku walka ewidentnie nie podeszła, jednak gdy zobaczył Nicky otrzeźwiał i paroma szybkimi ciosami  ją zakończył. W szatni znajduje wiadomość od Parsons. 

Spotkanie Bourne'a i Parsons odbywa się w samym centrum zamieszek w stolicy Grecji. Od tego momentu film nabiera tempa. James przy pomocy byłej agentki CIA stara się zdobyć więcej informacji na temat swojej przeszłości i wyjaśnić przyczyny śmierci swojego ojca. Jak łatwo można się domyślić agenci CIA nie chcą dopuścić, żeby wyciek miał dla nich negatywne skutki. Szef służb, który dobrze zna kulisy sprawy zleca jednemu z agentów, któremu nasz główny bohater w przeszłości zalazł za skórę, żeby dopadł i zabił Bourne'a. 

Świetne pościgi, typowe dla Bourne'a sprawiają, że film trzyma w napięciu do ostatnich minut. Pozbawiony jest zbędnych dialogów, opiera się głownie na akcji. Co prawda, film nie wciąga od pierwszych minut i jego fabuła nie będzie żadnym zaskoczeniem dla osób, które widziały poprzednie części, jednak sam film nie powinien zawieść wielbicieli serii o Jason'ie Bourne'ie. 

Uważamy, że warto wybrać się do kina na ten film, chociaż możemy być nie do końca obiektywni, gdyż należymy do grona osób, które lubią tą serię. Tych, których nasza recenzja nie do końca przekonała zachęcamy do obejrzenia zwiastuna filmu.


Etykiety:

środa, 10 sierpnia 2016

Świętowanie u Wikingów


O skansenie wikingów pisaliśmy Wam już w zeszłym roku. To właśnie wtedy po raz pierwszy odwiedziliśmy to ciekawe miejsce. W te wakacje postanowiliśmy wybrać się tam po raz kolejny. Planując nasz wypad nie bez przyczyny zdecydowaliśmy się na miniony weekend. Od 5 sierpnia przez trzy dni skansen wikingów tętnił życiem, działo się tak za sprawą Festiwalu Słowian i Wikingów, który jest organizowany w tym miejscu. Współcześni Wikingowie rozstawiają namioty i kultywując ówczesne zwyczaje choć na chwilę cofają się w czasie do wczesnośredniowiecznego Wolina.


Mimo, że jest to już 22 edycja tego wydarzenia, my uczestniczyliśmy w nim po raz pierwszy. Wychodzi na to, że dzięki naszemu synkowi i chęci zorganizowania mu wakacji pełnych atrakcji poznajemy nowe miejsca i atrakcje regionu, o których nie mieliśmy pojęcia albo nie mieliśmy okazji brać w nich udziału.


Na odwiedziny wioski wikingów wybraliśmy niedziele, ze względu na bitwę 400 wojów która została zaplanowana właśnie na ostatni dzień festiwalu.


Do skansenu dojechaliśmy po 14:00 dzięki czemu mieliśmy jeszcze sporo czasu na jego ponowne zwiedzenie. Przespacerowaliśmy się między chatami i namiotami rozmieszczonymi na całym terenie skansenu.



Wszystko atrakcje, które zostały przygotowane na okres festiwalu budziły duże zainteresowanie wśród zwiedzających. Począwszy od pokazów wykuwania broni i wybijania monet,


przez występy muzyczne,


 skończywszy na rejsach łodzią wikingów.



Ilość straganików z różnego rodzaju rękodziełami była niezliczona. Można było na nich znaleźć biżuterie, stroje, broń, a nawet meble.


Ci którzy zgłodnieli mieli okazję posilić strawą przygotowywaną wg przepisów sprzed tysiąca lat.


My skusiliśmy się na podpłomyki z konfiturami.



Punktem kulminacyjnym zarówno całego festiwalu, jak i naszej wycieczki była bitwa Słowian i Wikingów. Jak już wcześniej wspomnieliśmy brało w niej udział około 400 uczestników pochodzących z różnych krajów. Wojowie odziani byli w specjalnie na tą okazję przygotowane zbroje, a w dłoniach dzierżyli broń jaka była używana przed wiekami. W trzech starciach armie walczyły bardzo zaciekle, nie było żadnej taryfy ulgowej. Wszyscy z podekscytowaniem oglądali zmagania na polu bitwy.


Nawet Kubusiowi oglądanie takiego widowiska sprawiało nie lada frajdę.




Naprawdę warto wziąć udział w tym wydarzeniu. Co prawda w tym roku to już po ptokach, jestem pewna że w przyszłym roku odbędzie się kolejna edycja, która zostanie zorganizowana równie ciekawie. Obserwujcie stronę skansenu wikingów na której zawsze umieszczane są wszystkie szczegółowe informacje odnośnie Festiwalu Słowian i Wikingów.

Etykiety:

środa, 3 sierpnia 2016

Odwiedziny u zwierzaków w Ueckermunde


Idziemy do zoo, zoo, zoo, idziemy do zoo zoo zoo, jedziemy do zoooooo, zoo zoo zoo. Taka melodia wybrzmiewała w naszym wesołym autku w niedzielny poranek. Co prawda my na nasze potrzeby śpiewaliśmy jedziemy, ale tak czy siak pasowało. Repertuar został wybrany nie bez przyczyny, chcieliśmy w ten sposób pozytywnie nastroić się na naszą przygodę w zoo właśnie. W związku z tym, że mieszkamy blisko granicy odwiedziliśmy ogród zoologiczny znajdujący się u naszych zachodnich sąsiadów, a dokładnie w Ueckermunde.

W ogrodzie zoologicznym w Ueckermunde mieszka ponad 400 zwierzaków ze 100 różnych gatunków. Można obserwować je zarówno za ogrodzeniem, jak i z bliska.


Wyobrażacie sobie miejsce gdzie małpki skaczą po drzewach albo spacerują, a Wy przechadzacie się między nimi? Pewnie większość z Was w pierwszym momencie pomyślało o jakimś egzotycznym kraju. Okazuje się, że taką szansę mamy nieco bliżej, bo właśnie w tym niemieckim ogrodzie zoologicznym. Oswojone małpki potrafią czasem podchodzić naprawdę blisko do swoich gości. Małpi gaj to chyba najbardziej popularna atrakcja tego miejsca, przy wejściu na jego teren jest jednak adnotacja, że robimy to na własną odpowiedzialność, znajduje się również zakaz wjeżdżania z wózkami. W związku z tym, że razem z przyjaciółmi zabraliśmy dla naszych dzieciaczków wózki, na wypadek gdyby odwidziało im się bieganie, mamuśki zostały z wózkami odpoczywając od swoich pociech, a tatusiowie wzięli dzieci pod pachy i poszli do świata małpek.


Nie lada frajdą szczególnie dla dzieci jest zoo do głaskania. Jest to zagroda do której można wejść i zaprzyjaźnić się z mieszkającymi w niej kozami karłowatymi, pogłaskać je, a nawet nakarmić specjalnie do tego celu przygotowaną karmą możliwą do kupienia w automacie. Kubusiowi bardzo podobały się kózki, głaskał je, jedną chciał nawet złapać za ogon ;)



Dużym zainteresowaniem cieszą się pokazy karmienia zwierząt, które odbywają się przez cały tydzień, u wybranych mieszkańców zoo.


W weekendy królewska rodzinka zgodziła się na audiencję u siebie i pokazy karmienia. Nam niestety nie udało się zdarzyć na 14:00 i mogliśmy zobaczyć jedynie leniwie lwy na poobiedniej sjeście. Chłopaki po zakończeniu naszego spaceru po ogrodzie pobiegli jeszcze raz do klatki lwów, która chyba jest najbardziej zabezpieczona w całym ogrodzie i udało im się zobaczyć je już bardziej aktywne.




W wielu miejscach na terenie całego ogrodu zoologicznego znajduje się mnóstwo atrakcji dla najmłodszych, place zabaw, makieta przy której można zrobić sobie zdjęcie przemieniając się w króla dżungli oraz interaktywne tablice po naciśnięciu których można usłyszeć odgłosy zwierząt.








Ogród zoologiczny w Ueckermunde to świetna propozycja na rodzinny wypad. Kubuś był zachwycony możliwością zobaczenia tak różnych zwierzątek, począwszy od zwykłych kaczek, przez mieszkańców lasu takich jak sarenki czy jeleni, po małpki, kangury,  zebry, a nawet flamingi.


Liczba zwierząt które można spotkać w parku i chęć zatrzymania się przy każdym z nich sprawia, że w zoo można spędzić około 3 godziny. Warto przygotować małą przegryzkę, bo taki spacer może sprawić, że zgłodniejemy, co prawda na terenie ogrodu znajduje się bar z przekąskami, jednak nie zawsze to co on oferuje może nam odpowiadać. W budynku głównym, znajdującym się na wejściu do tierpark podobno znajduje się restauracja, jednak nie rzuciła mi się ona w oczy, pewnie dlatego że nie byliśmy zainteresowani tego typu atrakcjami.


Główny sezon w parku rozpoczyna się już 19 marca i trwa do 31 października, w tym okresie można go odwiedzić w między 10:00 a 18:00. W pozostałe dni roku, z wyjątkiem Wigilii i Sylwestra działa od 10:00 do 15:00.


Kasa biletowa znajduje się w budynku głównym, obsługa mówi po polsku dzięki czemu z łatwością można nabyć bilety wstępu. Wstęp do ogrodu jest płatny, jedynie dzieciaczki do 3 roku życia mogą go odwiedzić za darmo, dzieci od 3 do 15 lat płacą 4,5 €, dorośli potrzebują dwa razy tyle co dzieci czyli 9 €.

Etykiety: ,