Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ambasadorzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ambasadorzy. Pokaż wszystkie posty

Truskawkowe przedłużenie lata



Nie wiem jak u Ciebie, ale do mnie jeszcze nie dotarł pierwszy śnieg. W mediach trąbią wszem i wobec, że zbliża się typowo zimowa pogoda. Przyznam Ci się szczerze, że nie za bardzo lubię tej pory roku. Jestem zmarźluchem, który jesienią i zimą najchętniej nie wychylałby nosa spod kocyka czy pierzynki. W tym czasie uwielbiam też relaksować się w gorącej kąpieli. Zapalam zapachowe świece, przygotowuję sobie małą przekąskę i idę po delektować się tym krótkim momentem tylko dla mnie.


W takich chwilach próbuję przenieść się w czasie do cieplejszych dni. Wybieram kosmetyki owocowe, kojarzące mi się z wiosną bądź latem. Przy okazji delektuję się, owocami już nie tak słodkimi, ale budzącymi miłe wspomnienia lata. Tym razem wybór padł na truskawki, z którymi idealnie komponuje się Truskawkowy delikatny żel pod prysznic Le Petit Marseillais. 


Takie przywoływanie lata jest troszkę złudne. Zarówno owoce, jak i żel są nieco sztuczne. Zapach kosmetyku jest słodkawy, wyczuwa się goryczkę, kojarzy mi się bardziej ze słodyczami o tym smaku, niż z owocami. Mimo to, miło jest zanurzyć w wannie pełnej piany wytworzonej dzięki żelowi Le Petit Marseillais. Wystarczy niewiele produktu, żeby cała wanna wypełniła się miłą delikatną pianką. Zapach w połączeniu z wodą robi się subtelny. Skóra po kąpieli jest gładka i mięciutka. Żel pozostawia na niej ledwie wyczuwalną truskawkową nutę. 

Truskawkowe kosmetyki są rzadko spotykane w drogeriach. Dlatego myślę, że warto je wrzucić do koszyka podczas zakupów i spróbować przedłużyć lato z Le Petit Marseillais.

Karmelowe ciągutki



Cukierkom Werther's Original jesteśmy wierni od lat.  Nie tylko dlatego, że jesteśmy w gronie jej ambasadorów. Smak słodkości wychodzących spod rąk cukierników tej marki jest naprawdę wyjątkowy.

Do tej pory na Polskim rynku mieliśmy możliwość spotkać cukierki śmietankowe Werther's Original i Werher's Original Creamy Filling. Dziś chciałam Wam przedstawić Werther's Original Soft Caramels. 


Teraz zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie misę w której ucierane jest świeże masło i śmietanka, w magiczny sposób powstaje masa, która następnie niczym wodospad wypływa naczynia żeby w końcu wylądować na blacie. Cukiernik swoimi zwinnymi rękoma tworzy pokaźnej wielkości kwadrat, który kroi na małe prostokątne kosteczki. Tak właśnie powstają delikatne w smaku, miękkie, lekko ciągnące się cukierki Werthers's Original Soft Caramels. 

Jak spróbowałam go po raz pierwszy, moje pierwsze skojarzenie powędrowało w kierunku krówek, uwielbianych przeze mnie w dzieciństwie. Jednak przy kolejnej próbie stwierdziłam, że te cukierki są dużo lepsze, delikatniejsze. Nadal wyczuwalny jest ten fantastyczny śmietankowy smak dobrze nam znany z pierwszych słodkości produkowanych przez firmę Werther's Original. Jednak miękka struktura sprawia, że skosztowanie tego cukierka przynosi inne doznania smakowe. 

Mieliście już okazje spróbować tych kremowych, bajecznie karmelowych cukierków? Co sądzicie o takiej odsłonie słodkości od Werther's Original?

Wpis dzięki współpracy z Werther's Original i Rekomenduj.to

Pozostałe wpisy w ramach kampanii Werther's Original:
  1. Zaczynamy słodką przygodę
  2. Paczka pełna słodkości
  3. Cukierki z tradycją
  4. Karmelowa lawa zamknięta w cukierku

Magiczna kapsułka




Jeśli śledzicie nas na naszych social mediach to już pewnie wiecie, że w zeszłym tygodniu dotarła do nas zgrabna paczuszka od EverydayMe. Tym razem będziemy mieli okazje przybliżyć Wam nowy produkt marki Vizir.

Słyszeliście o Vizir 3 - in - 1 Pods ? Można powiedzieć, że kapsułki piorące to żadna nowość na rynku. Jednocześnie chyba każdy zdaje sobie sprawę, że producenci tworząc swoje produkty starają się być o krok dalej od konkurencji. Wprowadzanie nowych rozwiązań prowadzi do ulepszenia produktów, a to tak naprawdę wychodzi na korzyść nam konsumentom. Warto przyglądać się nowościom pojawiającym się na półkach sklepowych. Dlatego my dziś pod lupę weźmiemy nowość od Vizir'a.


Jak się można łatwo domyślić po nazwie kapsułki Vizir składają się z trzech części, a każda z nich działa na nasze pranie w inny sposób. Pierwsza pierze, druga wybiela, a trzecia nadaje blask tkaninom. Takim oto sposobem taka niby niepozorna kapsułka mieszcząca się w dłoni sprawia, że nie musimy sobie zaprzątać głowy kilkoma produktami potrzebnymi do uzyskania takiego efektu podczas prania. 

Środek wybielający znajdujący się w kapsułce może nasunąć podejrzenie, że nadaje się ona jedynie do prania białych tkanin. Jednak Vizir 3-in-1 Pods z równie dobrym skutkiem może być używany do kolorowego prania. Dzięki nim uzyskamy idealną biel, a kolory są nasycone.

Kapsułki Vizir 3-in-1 Pods stworzone są z takiego tworzywa, które z łatwością rozpuszcza się w wodzie bez względu na jej temperaturę. Dlatego jest można stosować do delikatnego prania w niskiej temperaturze, jak i takiego podczas którego niezbędna jest wysoka temperatura. 


Mimo niewielkich rozmiarów Vizir 3-in-1 Pods może się pochwalić dużą wydajnością. Wystarczy jedna kapsułka, żeby uprać aż 5 kg prania. Natomiast zawartość całego pudełka starczy na 17 prań.

Vizir 3-in-1 w teorii wydaje się idealnym produktem. Jego uniwersalność jest dużym ułatwieniem podczas prania. Niemalże bez namysłu można sięgać po kapsułkę i wrzucić ją do pralki, bez względu na to co zamierzamy wyprać.

Czy w rzeczywistości tak jest? Sprawdzimy to dla Was podczas najbliższych prań. 

Zwalcz trądzik migdałami


Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że moja cera nie należy do tych najłatwiejszych. Nie dość, że borykam się z problemem często pojawiających się wyprysków, szczególnie na brodzie, to na dodatek jestem alergiczką, która musi mocno uważać na to, co nałoży na twarz. Mimo, że uwielbiam testować nowości, do tych przeznaczonych do twarzy podchodzę z rezerwą. Podobnie było z produktem, który ostatnio dostałam do testów w związku z tym, że jestem ambasadorką Klubu Ekspertek Ofeminin.pl. Z jednej strony zachwycił mnie fakt, możliwości wypróbowania czegoś nowego, a z drugiej lekko przeraziły wymyślone i wyolbrzymione przez moją wyobraźnię efekty uboczne. Jak się łatwo domyślić, rozsądek wziął górę nad bujną wyobraźnią i dzielnie zabrałam się za testowanie. 

Pewnie jesteś ciekawa co mnie tak przeraziło. Krem do twarzy, a właściwie jego główny składnik kwas migdałowy, którego jednym z zadań jest złuszczanie martwego naskórka. Od razu wyobraziłam sobie jak po jego zastosowaniu płatami odchodzi mi skóra z twarzy. Chyba naoglądałam się za dużo horrorów. Stwierdziłam jednak, don't panic, przecież marka Pharmaceris jest polecana przez dermatologów i produkuje specjalistyczne produkty apteczne. Napewno kosmetyk przygotowany przez tą firmę z myślą o cerze trądzikowej nie wyrządzi mi szkód, a wręcz przeciwnie pomoże. Z takim nastawieniem zaczęłam stosować Krem z 5% kwasem migdałowym z serii T jak Trądzik. 


Buteleczkę w której kryje się krem wprost uwielbiam. Zawsze denerwuje mnie to, jak musze wkładać paluch do słoiczka z kremem, jakby trudno było producentom dołączać do zestawu szpatułki do aplikacji produktu. Krem marki Pharmaceris umieszczony jest w pojemniku zakończonym dozownikiem. Od razu widać, że postawili na higieniczną aplikację, która jest niezwykle ważna, szczególnie w przypadku problematycznej cery. Pompka nie dość, że w czysty sposób dozuje nam produkt, dodatkowo odmierza nam jego odpowiednią ilość, przez co krem jest bardzo wydajny. W opakowaniu znajduje się 50 ml produktu. 


Marka Pharmaceris z dumą podkreśla, że jej produkty są hipoalergiczne, przebadane klinicznie i dermatologicznie, a ich tolerancja i skuteczność jest na wysokim poziomie. Dodatkowo podkreśla, że jej produkty są polecane przez dermatologów, a ich skład nie zawiera parabenów, barwników, alergenów, mydła, substancji zapachowych, SLS oraz SLES. Hasła te brzmią interesująco. 

Głównym składnikiem testowanego kremu jest kwas migdałowy, stanowiący 5% składu.  Ma on działać złuszczająco, a jednocześnie regenerująco na naskórek. Ma wpływać na procesy powstawania zaskórników, zmniejszać ich widoczność, a także częstotliwość z jaką pojawiają się. Ten aromatyczny hydroksykwas oprócz działania antybakteryjnego, również ma zmniejszać oznaki starzenia się skóry.

Drugim wymienianym składnikiem jest sok z cytryny, którego zadaniem ma być wygładzenie naskórka, poprzez wyrównanie jego struktury i rozjaśnienie kolorytu skóry.

Żeby tradycji stało się zadość dołączam pełen skład kremu znaleziony na opakowaniu produktu: 
Aqua, Mandelic Acid, PPG-15 Stearyl Ether, Propylene Glycol, Steareth-21, Cetearyl Alcohol, Tromethamine, Steareth-2, Dimethicone, Nylon-12, Cyclopentasiloxane, Magnesium Aluminum Silicate, Chondrus Crispus (Carrageenan), Ceteareth-20, Xanthan Gum, Cyclohexasiloxane, Ethoxydiglycol, Glucose, BHT, Citrus Medica Limonum (Lemon) Juice, Butylene Glycol, Ascorbic Acid, Phenoxyethanol, Methylparaben, Acid, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Potassium Sorbate, Parfum, Caramel


Krem z 5% kwasem migdałowym ma bardzo lekką konsystencję, wręcz żelową. Rozprowadza się bardzo łatwo. Na całą twarz wystarczy jedna pompka produktu dzięki czemu jest bardzo wydajny. Wchłania się momentalnie. Twarz po jego zaaplikowaniu od razu wydaje się gładsza, bardziej lśniąca. Ma on przyjemny lekko cytrusowy zapach, z pewnością za sprawą drugiego składnika czyli soku z cytryny. Wg zaleceń producenta produkt należy stosować wyłącznie na noc, a w okresie letnim dodatkowo należy chronić twarz przed promieniowaniem UV filtrem o minimalnym faktorze SPF20. Po 3 tygodniach stosowania zauważyłam, że skóra stała się bardziej promienna. Pojawia się mniej wyprysków na twarzy, jednak mimo wszystko liczyłam na nieco lepszy efekt, być może po dłuższym stosowaniu zauważę wyraźniejsze zmniejszenie pojawiania się nieprzyjaciół w okolicach brody. Zauważyłam lekkie złuszczenie naskórka. Liczyłam na wyraźniejsze efekty kuracji tym kremem, być może dłuższe stosowanie da mi oczekiwane przeze mnie rezultaty.


Produkt marki Pharmaceris Krem z 5% kwasem migdałowym jest bardzo przyjemny w stosowaniu. Jego zapach i konsystencja są bardzo miłym zakończeniem dnia. Skóra po nałożeniu produktu staje się widocznie gładsza, wręcz promienna. Produkt nie przynosi natychmiastowych efektów, są one stopniowe i wymagają czasu. Mimo to uważam, że jest to krem godny uwagi. Szczególnie ważny dla mnie jest fakt, że ten mimo wszystko inwazyjny produkt nie wywołał uczulenia i moja wrażliwa skóra z każdym dniem jego stosowania wygląda coraz lepiej. 

Jeśli zainteresował Cię testowany przeze mnie Krem z 5% kwasem migdałowym marki Pharmaceris i chcesz poczytać na jego temat nieco więcej zachęcam Cię do odwiedzenia strony Ofeminin.pl gdzie znajdziesz opinię innych dziewczyn, które przetestowały ten produkt.

Wpis dzięki współpracy z Klub Ekspertek ofeminin.pl

Czekoladowy zawrót głowy


Płatki śniadaniowe goszczą w naszym domu od początku. Co prawda to nie ja zapoczątkowałam ich kupowanie tylko mój kochany małżonek, ale jakoś wszyscy włącznie z Kubkiem szybko zapałaliśmy do nich miłością. Zamiłowanie małego do płatków jakoś mnie nie dziwi bo tatuś najczęściej kupuje te o smaku czekoladowym, a wszystko co czekoladowe ostatnimi czasy najbardziej mu smakuje. Nie ma co się dziwić, chyba każde dziecko tak ma, a marzenia mamusi były zupełnie inne, ale o tym może innym razem.

Tylko możesz sobie wyobrazić z jaką radością moi dwaj mężczyźni przyjęli paczkę od Nestle pełną płatków kukurydzianych. Znajdowały się w niej zarówno te tradycyjne płatki, jak i miodowo-orzechowe, oczywiście nie mogło też zabraknąć najważniejszych czekoladowych.

Zazwyczaj płatki śniadaniowe kupujemy w dyskontach których w okolicy domu mamy pełen wachlarz. Miłą odmianą jest spróbowanie płatków marki Corn Flakes znanych chyba na całym świecie. Smak tradycyjnych znam z dzieciństwa, ale dwóch pozostałych do tej pory nie miałam okazji poznać. Bycie ambasadorką w Klubie Ekspertek ofeminin.pl dało mi taką możliwość. 



Czekoladowe płatki lubimy za kakaowy smak, który mleko czy jogurt zyskuje w połączeniu z nimi. Taki duet mogłabym jeść bez końca. Dlatego wyrażenie opinii na temat Corn Flakes Choco to dla nas pestka, bo jesteśmy niemal ekspertami od płatków o tym smaku.

Z wyglądu przypominają one te tradycyjne, jedyne co je odróżnia to kolor, ale chyba tego każdy się spodziewał. Te brązowe cudeńka, które w naszym domu wylądowały w pękatym słoju, niemal krzyczą do nas co rano, zjedz mnie. 



Każdy z nas ma inną metodę jak się z nimi rozprawić. Artur lubi je z kremowym jogurtem, dzięki czemu ich konsystencja nie zmienia się drastycznie i chrupie mu pod zębami. Ja wlewam do miseczki mleko i zasypuje je płatkami. Początkowo wsypywałam spora ilość i po pewnym czasie płatki rozmiękały, przez co w miseczce robiła się z nich lekka breja. Nie lubię tego, dlatego wzięłam się na sposób i teraz podczas jedzenia systematycznie dosypuję kolejną porcję płatków, którą zdążam zjeść zanim rozmokną. 

W obydwu przypadkach intensywność smaku uważamy za odpowiednią. Płatki nie są ani za słodkie, ani za czekoladowe. Proporcje składników zostały idealnie dobrane. 



Kubuś traktuje płatki kukurydziane jako przegryzkę. Zajada je bez dodatków, jakoś nie lubi ich w połączeniu z mlekiem czy jogurtem. Pewnie z czasem również takie duety dołączą do jego jadłospisu, ale póki co delektuje się chrupkością Corn Flakes Choco. A to, że zajadane bez niczego są mega chrupiące to trzeba im przyznać. 

Atutem płatków kukurydzianych Corn Flakes Choco są witaminy z grupy B i kwas foliowy, które znajdziemy w ich składzie. Co prawda ich ilość nie zagwarantuje dziennego zapotrzebowania na nie, ale zawsze to coś. Niezwykle istotna jest też informacja, że płatki te nie zawierają glutenu. Co prawda płatki kukurydziane z natury nie powinny mieć go w składzie, ale pewnie jakieś produkty znajdujące się w składzie mogły go skrywać, teraz producent zapewnia nas że nie zaszkodzimy osobom które mają problem z celiakią, jak jest naprawdę, tego nie jestem w stanie sprawdzić bo żadne z nas nie ma problemów z glutenem.

Płatki kukurydziane Corn Flakes są dostępne w wielu marketach. 

Wiele ciekawych opinii na temat Corn Flakes Choco znajdziecie też na stronie ofeminin.pl

Czy u Ciebie w domu też są płatki kukurydziane? C

Perełki pełne zapachu


Uwielbiam zanurzyć się w łóżku i otulić kołdrą powleczoną w ślicznie pachnącej pościeli. Mamy kilka zestawów poszewek na kołdry i poduszki, przez co często się zdarza, że zmiana pościeli czeka na swoją kolej kilka tygodni. Z biegiem czasu zapach świeżo upranego prania ulatnia się i zmiana pościeli nie sprawia już tyle radości i przyjemności. W poszukiwaniu sposobu na ten było nie było problem natknęłam się na nowość marki Lenor. 

Lenor Unstoppables to małe perełki z wyglądu przypominające cukiereczki. Dzięki nim nasze pranie ma zyskać wyjątkowy zapach, który utrzyma się nawet do 12 tygodni, jest tylko jeden warunek, uprane rzeczy muszą być przechowywane w miejscu, które można zamknąć. 

Uznałam, że produkt ten świetnie sprawdzi się w przypadku zarówno wcześniej wspomnianej zmiany pościeli, jak i ręczników, które w moim domu chowane są na jednej z półek szafki w łazience. 


Jak tylko perełki zapachowe trafiły w moje ręce postanowiłam od razu sprawdzić ich możliwości. Do bębna pralki wrzuciłam zalecaną ilość specyfiku, chwyciłam za dotychczas używaną przez nas zmianę pościeli, umieściłam ją w pralce, dodałam standardowo używane przeze mnie produkty do prania, po czym ustawiłam odpowiedni program i załączyłam pranie. Z podekscytowaniem czekałam na charakterystyczny sygnał wydawany przez moją pralkę na zakończenie nastawionego programu. 


Gdy wybrzmiał wyczekiwany dźwięk niczym łania pobiegłam do pomieszczenia gospodarczego w którym mamy naszą mini pralnie. Otworzyłam drzwiczki i pomieszczenie zalał bardzo świeży przyjemny zapach. Chwyciłam świeżo uprane poszewki i zapach stał się jeszcze bardziej wyczuwalny. Przenosząc pranie na balkon gdzie znajdowała się suszarka żaden z domowników nie pozostał obojętny. Kubek od razu chwycił poszewkę i przytknął ją do swojego malutkiego noska wydając odgłosy zadowolenia. Artur podniósł wzrok znad komputera i spytał "co tak ładnie pachnie?". Nie trzeba chyba nic dodawać, pranie dzięki perełką Lenor Unstoppables zyskało nowy, wyjątkowy wymiar. 


Gdy pranie wyschło nadal uwodziło nas swoim cudownym zapachem. Mimo to, że strasznie nas korciło, żeby od razu zmienić dotychczas używaną pościel na tą świeżo upraną stwierdziłam, że muszę sprawdzić czy zapewnienia o długotrwałym, nawet 12 tygodniowym, utrzymywaniu się zapachu mają pokrycie w rzeczywistości, czy są tylko sloganem reklamowym. Złożyłam poszewki w zgrabne kosteczki i położyłam na półce w szafce. Co prawda pościel zmieniam raz w miesiącu, ale dla dobra testu przeciągnęłam to o dwa tygodnie, co dało nam 6 tygodni. Co prawda to tylko połowa z 12 tygodni przez które producent gwarantuje nam świeży zapach prania, ale mimo to z lekkim niedowierzaniem ściągnęłam za zmianę pościeli leżącą na górnej półce szafki, do której mam dość ograniczony dostęp, przez co nie kontrolowałam jej zapachu na bieżąco. Ku mojemu zdziwieniu ten świeży zapach poznany 6 tygodni wcześniej nadal mieszkał w poszewkach. Może nie był tak intensywny jak zaraz po praniu, ale pościel pachniała bardziej niż ta którą prałam bez użycia Lenor Unstoppables. Wygląda na to, że perełki spełniają swoje zadanie, co mnie niezwykle cieszy. 

Miałaś już do czynienia z perełkami zapachowymi Lenor Ustoppables? Co sądzisz o tego typu produktach?


Wpis dzięki współpracy z EverydayMe

Królowa gry wg Playboy'a




Nie należę do osób, które używają tylko jednych perfum. Dzięki Arturowi, który z niemal każdego wyjazdu służbowego przywozi mi nowy flakonik perfum, mam ich tak dużo, że niemal mogłabym otworzyć perfumerię. Zapachy dobieram do swojego nastroju, nie bez znaczenia jest również okazja na jaką akurat się szykuję, wszystko musi się dobrze komponować. 

Jak tylko w Klubie Ekspertek ofeminin.pl pojawiła się możliwość wypróbowania nowej wody toaletowej sygnowanej króliczkiem Playboy'a bez wahania postanowiłam zgłosić się do testowania, żeby poznać jej zapach.


Zapach zamknięty jest w owalnym szklanym flakoniku. Jest on przezroczysty, dzięki czemu doskonale widoczny jest znajdujący się w nim płyn o eleganckim cyklamenowym kolorze. Kropką nad i jest ozdobna nakładka z króliczymi uszkami, jednym z atrybutów Playboy'a. Oczywiście nie mogło też zabraknąć chyba wszystkim znanego loga, które zostało wytłoczone na jednym z boków buteleczki. Queen Of The Game występuje w trzech wielkościach, 40 ml, 60 ml oraz 90 ml. 

Queen Of The Game to intrygująca kombinacja składników. Głowę tworzą czarna porzeczka, kawa i passiflora, w sercu znajduje się kwiat pomarańczy i jaśmin wielkolistny, natomiast na bazę składają się paczula, czekolada, fasolka tonka i cedr.


Już po pierwszym użyciu tej wody toaletowej od razu wiedziałam, że nie zagości ona u mnie na dłużej. Zapach jest bardzo intensywny, dla mnie wręcz duszący. Osobiście preferuję lżejsze zapachy. Wystarczy niewielka jego ilość, żeby zapach był wyczuwalny. Po aplikacji zapach utrzymuje się na skórze stosunkowo krótko, już po ok. 4 godzinach jest ledwie wyczuwalny. 

Wydaje mi się, że Queen Of The Game to dobra propozycja na randkę pod osłoną nocy. Wystarczy mała czarna, szpilki oraz kropla wody toaletowej i mamy seksowny look zwieńczony intrygującym zapachem. Na co dzień zapach ten może odpowiadać pewnym siebie dziewczynom. Wiele do życzenia ma trwałość tego produktu, ale rozwiązaniem na to może być zastosowanie pozostałych produktów z serii, dzięki którym niemal od stóp do głów można otulić się jednym zapachem. Marka Playboy oprócz wody toaletowej przygotowała jeszcze dezodorant z atomizerem, dezodorant w sprayu oraz żel pod prysznic.

Jeśli zainteresował Cię nowy zapach od Playboy'a i chciałabyś poczytać trochę więcej na jego temat, zachęcam do odwiedzenia strony ofeminin.pl gdzie znajdziesz opinie innych dziewczyn, które tak jak ja testowały Queen Of The Game.

Miałaś już okazję wypróbować, któryś z zapachów Playboy'a? 

Zastrzyk hialuronowy z Mixa

Pod koniec lipca trafiła do mnie paczuszka od ofeminin.pl. Dzięki temu, że jestem w gronie Ambasadorek Klubu Ekspertek tego portalu mam możliwość testowania ciekawych produktów. Dzięki temu mogę przedstawiać Wam recenzje o kosmetykach różnych marek, choć nie tylko.

Tym razem w moje ręce trafił krem do twarzy marki Mixa. Nie będę ukrywała, że jest to mój pierwszy kontakt z tą francuską marką. Co prawda słyszałam o niej wcześniej, ale do tej pory żaden z produktów z pomarańczowo-białym logo nie trafił do mojej szuflady z kosmetykami. Po raz pierwszy rzuciła mi się ona na półce z kosmetykami dla dzieci, gdy rozglądałam się w poszukiwaniu preparatów idealnych do pielęgnacji Kubusia, mój brzdąc był jeszcze malutki, stwierdziłam, że nie będę eksperymentować i wtedy wybór padł na emolienty. Potem na długi czas zapomniałam o tej marce, aż do teraz gdy ofeminin.pl przypomniało mi o jej istnieniu, co mnie bardzo cieszy. Uwielbiam Francję, a to właśnie tam w 1924 roku, w jednej z aptek, w moździerzu z mieszanki produktów aktywnych stosowanych do produkcji leków, został stworzony pierwszy produkt Mixa. Tak do dziś, z dbałością o znakomitą kondycję wrażliwej skóry marka zachwyca francuski, a od 2015 także i polki. 

Przedstawiam Wam głównego bohatera dzisiejszego wpisu. Jest nim krem intensywnie nawilżający Mixa HYALUROGEL.


Krem umieszczony został w tradycyjny szklany słoiczek. Dużo bardziej wolę szklane pojemniczki, od tych plastikowych, są bardziej estetyczne i elegancko prezentują się na półeczce. Ich jedynym minusem jest możliwość stłuczenia słoiczka, a przy małym domowniku i jego chęci schwytania  w rączki wszystkiego co niedozwolone o nieszczęście nie trudno. Mimo wszystko jestem zwolenniczką szklanych opakowań i to, które zaproponowała Mixa w pełni mnie zadowala. Minimalistyczna szata graficzna nie razi w oczy. Jedynym zastrzeżeniem jest brak szpatułki do nakładania produktu. Dziwi mnie, że praktycznie żaden z producentów nie pomyśli o dołączeniu takiego czegoś do kremu umieszczonego w słoiczku, wg mnie codzienne dotykanie kremu znajdującego się w opakowaniu nawet czystymi dłońmi jest niehigieniczne i może mieć negatywny wpływ na produkt. Wydaje mi się, że firma która nawet na słoiczku umieszcza napis "Formuła stworzona pod kontrolą medyczną" powinna dbać o takie niuanse. Niemniej jednak marka Mixa nie jest jedyną marką, która o tym nie myśli, dlatego nie jest to powód do rezygnacji z ich produktu. 



Marka Mixa szczyci się tym, że formuły ich produktów stworzone są pod kontrolą medyczną. Oczywiście na pudełeczku testowanego kremu można znaleźć taką informację. Dodatkowo dowiadujemy się, że produkt jest hipoalergiczny, a w jego składzie nie znajdziemy parabenów i barwników. Mixa z dumą nosi tytuł nazywa się eksperta skóry wrażliwej i nie boi się na opakowaniu zamieszczać swojego zobowiązania, którego treść znajdziecie poniżej.


Brzmi obiecująco, wygląda na to, że osoby z problematyczną skórą powinny być zadowolone z tego produktu. 

Mnie zainteresowała notatka o zawartości kwasu hialuronowego. Razem z gliceryną stanowi on 7% składu kremu. Ten naturalny składnik budulcowy skóry podobno potrafi wchłonąć nawet 1000 razy więcej wody niż sam waży. 

W związku z tym, że ja nie jestem ekspertką od składów produktów, poniżej wrzucam Wam skład Mixa HYALUROGEL, który znajduje się na jego opakowaniu:

Aqua / Water, Glycerin, Dimethicone, Caprylic / Capric Triglyceride, Squalane, Ammonium Polyacryldimethyltauramide / Ammonium Polyacryloyldimethyl Taurate, BHT, Biosaccharide Gum-1, Caprylyl Glycol, Copper Gluconate, Dimethiconol, Disodium EDTA, Magnesium Aspartate, Phenoxyethanol, Poloxamer 338, Sodium Hyaluronate, T-Butyl Alcohol, Xanthan Gum, Zinc Gluconate, Parfum / Fragrance. (F.I.L. B181251/1).


Krem intensywnie nawilżający HYALUROGEL ma wodno-żelową konsystencję, dzięki czemu bardzo łatwo rozprowadza się. Producent zalecał stosowanie HYALUROGEL dwa razy dziennie. Starałam się postępować zgodnie z tymi wytycznymi. Mimo, że krem szybko się wchłania pozostawiał na mojej twarzy lekko kleisty filtr. W dni kiedy nie nakładałam podkładu na twarz, zauważyłam że tak mocne nawilżenie skóry uwydatnia nakładany przeze mnie na policzki róż i rozświetlacz co nie do końca mi odpowiadało, dlatego w dni kiedy nie stosuje podkładu używam inny krem na dzień. Mixa jest za to świetnym kremem na noc. Po jego nałożeniu niemal natychmiast widać rezultaty. Skóra jest pełna blasku, wygląda naprawdę świeżo. Świetnie sprawdza się po całym dniu spędzonym na słońcu, gdyż jego żelowa konsystencja działa niemal jak kojący okład, a w takie dni jest to zbawienne dla skóry. Krem ma przyjemny, delikatny zapach, choć nie każdemu może on przypaść do gustu. 


Po 3 tygodniach stosowania kremu intensywnie nawilżającego HYALUROGEL, śmiało mogę go polecić jako produkt na noc. Jest on wtedy niczym zastrzyk energii, dla zmęczonej całym dniem skóry. Faktycznie mocno nawilża skórę i widać to już po pierwszym zastosowaniu. Skóra jest gładka, elastyczna i promienista. Jeśli chodzi o używanie tego produktu na dzień, stanowi on świetne połączenie z podkładami, natomiast trzeba uważać podczas nakładania samego różu czy rozświetlacza, bo naprawdę łatwo uzyskać efekt matrioszki. Szkoda, że producent nie postawił na bezzapachową formułę, który z pewnością bardziej sprawiłby, że krem przypadnie do gustu większej ilości odbiorców. Niewątpliwym atutem HYALUROGEL, jest skład pozbawiony parabenów i barwników.

Jeśli zainteresował Was krem intensywnie nawilżający HYALUROGEL i chcielibyście poczytać na jego temat trochę więcej zachęcam do odwiedzenia strony ofeminin.pl, gdzie znajdziecie opinie innych osób które miały okazje go wypróbować.

Wpis dzięki współpracy z Klub Ekspertek ofeminin.pl

Zadbane dłonie to podstawa


Często można spotkać się ze stwierdzeniem, że dłonie są wizytówką człowieka. Istotnie tak jest. Wbrew pozorom to właśnie one rzucają się najbardziej w oczy osobom z którymi mamy kontakt. Dlatego też niezmiernie istotne jest to, żeby dbać o ich ładny, zadbany wygląd. Tak samo ważne jest to w przypadku kobiet, jak i mężczyzn. Nie chodzi tu tylko o zadbane paznokcie, których odpowiednia długość, kształt i w przypadku pań ładny kolor bez odprysków są priorytetem. Równie ważne jest dbanie o skórę dłoni. Można to robić na różne sposoby, stosując maski, peelingi czy rękawiczki nasączone substancjami sprawiającymi, że nasze dłonie wyglądają pięknie i młodo. Wszystkie te zabiegi to wyższy poziom dbania o dłonie na który trzeba wygospodarować trochę czasu. Nie znaczy to jednak, że jeżeli jesteśmy zabiegani nie możemy zająć się ładnym wyglądem naszych dłoni. Tak naprawdę wystarczą dwie czynności, które systematycznie wykonywane mogą zdziałać cuda. Mycie rąk i ich kremowanie. Tak tak, tylko tyle, ale jak się okazuje dla niektórych aż tyle. W przypadku mycia rąk, niezmiernie ważne jest to, żeby używać dobrej jakości mydła, o PH odpowiednim dla naszej skóry, najlepiej bogatych w substancje nawilżające. Drugim niezbędnikiem dla zadbanych dłoni jest krem do rąk. Na rynku można spotkać bardzo dużo rodzajów kremów do rąk, każdy może znaleźć taki który będzie idealny dla dłoni. Niezmiernie istotne jest systematyczne stosowanie kremu, co najmniej 2 razy dziennie, a najlepiej po każdym myciu rąk.

Ja mimo różnych zabiegów na dłonie, niestety nie mogę się pochwalić idealną kondycją skóry na dłoniach. Jest ona bardzo wrażliwa na czynniki zewnętrzne i wymaga bardzo częstego nawilżania. Krem do rąk jest towarzyszem mojego dnia. Nie mam swojego ulubieńca, stosuje różne, ale zawsze przy ich wyborze zwracam uwagę na skład i właściwości odżywcze i regeneracyjne.



Ostatnio na mojej półeczce przy umywalce w łazience zagościł odżywczy krem do rąk Le Petit Marseillais. Jego ciekawy skład sprawia, że z chęcią chce się wypróbować jego możliwości. To mix trzech wyjątkowych składników, masła Shea za sprawą którego skóra naszych dłoni jest odżywiona i nawilżona na odpowiednim poziomie, olejku arganowego dzięki któremu możemy cieszyć się gładką skórą oraz słodkich migdałów wspomagających działanie pozostałych składników. Naprawdę brzmi zachęcająco. 

Krem ma bardzo lekką konsystencję, rozsmarowuje się idealnie, a wchłania się błyskawicznie. Po jego użyciu na dłoniach powstaje powłoka, która sprawia że są one gładkie i przyjemne w dotyku. Nawet po umyciu rąk wyczuwalne jest to, że krem nadal chroni dłonie. Krem ma bardzo przyjemny zapach, który utrzymuje się dość długo. Stosowanie kremu Le Petit Marseillais to sama przyjemność.


Wpis dzięki współpracy z Le Petit Marseillais

Kremowe chusteczki



Co sądzicie o chusteczkach oczyszczających do twarzy? Jak wiecie ostatnio byliśmy na wakacjach, na których towarzyszyły mi one. Parę lat temu stosowałam takie chusteczki i jak zwykle nawet nie wiem czemu zrezygnowałam z nich na rzecz innych produktów. Teraz jako ambasadorka Klubu Ekspertek ofeminin.pl miałam okazje testować nowość Chusteczki oczyszczające Nivea Creme Care. 

Jak się okazuje, niedawno przeze mnie opisywany antyperspirant Nivea Protect & Care to nie jedyny kosmetyk Nivea, który cieszy swoim zapachem miłośników kultowego kremu Nivea. Powstała cała seria produktów do pielęgnacji twarzy, mleczko, krem oraz chusteczki. Z racji tego, że póki co miałam okazję używać chusteczek to właśnie o nich opowiem Wam w paru słowach. 


Chusteczki kryją się w typowym do tego rodzaju produktów opakowaniu. Nivea stosował już nie raz takie rozwiązanie i postanowił przy nim pozostać. Szczerze mówiąc, nie do końca cieszy mnie ten fakt. Nie wiem czy to tylko mój problem, ale mniej więcej w połowie użytkowania zaczynam mieć problemy z "zamknięciem", pod warstwę klejącą dostają mi się jakieś paproszki, które powodują że przestaje ona działać. Przez to do opakowania dostaje się powietrze, a nie jest to zbyt korzystne dla chusteczek. Szkoda, że Nivea nie pomyślało o plastikowych zamknięciach, które można spotkać w wilgotnych chusteczkach dla dzieci. 

Kolorystyka opakowania nawiązuje do kultowego kremu Nivea, któremu chusteczki zawdzięczają swój cudny zapach.

W opakowaniu kryje się 25 chusteczek. Ja używam tego typu produktu zazwyczaj podczas wyjazdów, na które spokojnie wystarczyłoby o połowę mniejsze opakowanie. Wydaje mi się jednak, że dla osób korzystających z takich chusteczek na co dzień, dużo korzystniejsze byłoby gdyby w opakowaniu znajdowało się tyle chusteczek, żeby starczyły one na cały miesiąc codziennego stosowania.



Z informacji promujących ten produkt możemy się dowiedzieć, że produkt ma pielęgnacyjną formułę z Euceritem®, pantenolem i niepowtarzalnym zapachem Kremu NIVEA, dzięki czemu jest dostosowana do wszystkich typów cery.

Dla osób zaznajomionych w składnikach używanych w kosmetologii, podaje skład który można znaleźć na opakowaniu:

Aqua, Isopropyl Stearate, Glycerin, Dimethicone, Methylpropanediol, Panthenol, Lanolin Alcohol (Eucerit®), Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Polyglyceryl-3 Methylglucose Distearate, Sodium Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, 1,2-Hexanediol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Limonene, Linalool, Geraniol, Citronellol, Benzyl Alcohol, Alpha-Isomethyl Ionone, Butylphenyl Methylpropional, Citral, Parfum


Chusteczki mają wymiar ..x.., ich wielkość jest wystarczająca do oczyszczenia całej twarzy nawet z pełnego makijażu. Są mięciutkie i miłe w dotyku, co sprawia że ich użytkowanie jest bardzo przyjemne. Nie mam żadnych zastrzeżeń do oczyszczania twarzy, chusteczki bez problemu usuwają podkład, róż, bronzer oraz inne produkty, które nakłada się na twarz. W przypadku demakijażu oczu, odczuwałam delikatne szczypanie, na szczęście nie pogłębiło się to w poważniejsze uczulenie. Skuteczność usuwania kosmetyków oceniam dobrze, przy użyciu chusteczki z łatwością można pozbyć się tradycyjnych kosmetyków, natomiast w przypadku wodoodpornych zajmie to trochę więcej czasu, jednak również można się ich pozbyć z twarzy.


Chusteczki oczyszczające Nivea Creme Care świetnie nadają się w podróży. Zajmują stosunkowo mało miejsca i dzięki nim nie musimy brać ze sobą kilku produktów do demakijażu, bo możemy je zastąpić jedną chusteczką. Ich cudny zapach uwielbianego przeze mnie kremu Nivea sprawia, że są bardzo przyjemne w stosowaniu. Skóra po ich użyciu jest gładka i ładnie pachnie. Jest to fajny naprawdę gadżet.

Jeżeli chcielibyście poznać jeszcze inne opinie na temat Chusteczek oczyszczających Nivea Creme Care oraz innych produktów do oczyszczania twarzy z serii Nivea Creme Care zachęcam Was do odwiedzenia strony ofeminin.pl, gdzie znajdziecie recenzje innych dziewczyn które miały okazję je testować. 


Wpis dzięki współpracy z Klub Ekspertek ofeminin.pl

Magiczne 3 minuty



Pisałam już Wam o marce Aussie. Teraz chciałam Wam przedstawić jej najnowszy produkt 3 Minute Miracle Moisture. Dziś podzielę się z Wami informacjami producenta na temat tego preparatu, a po dłuższym jego stosowaniu wrócę z własnymi doświadczeniami i wnioskami.

3 Minute Miracle Moisture to preparat, który w przeciągu 3 minut działa cuda na naszych włosach. Ta intensywna odżywka w tak krótkim czasie ma podobne działanie jak maski do włosów, na które zazwyczaj trzeba przeznaczyć kwadrans. Jaka oszczędność czasu, a efekty takie same, a może nawet i lepsze. 

Głęboko nawilża włosy nie obciążając ich dodatkowo. Świetnie skomponowana formuła produktu sprawia, że włosy są miękkie w dotyku i pełne blasku. To olej z orzechów makadamia powoduje, że włosy pięknieją z każdym dniem stosowania 3 Minute Miracle Mouisture. Ten naturalny składnik ułatwia rozczesanie włosów, zmniejsza ich puszenie i co jest niezmiernie ważne szczególnie w okresie wiosenno-letnim chroni przed promieniowaniem UV.

Nie dość, że odżywka świetnie działa, to również cieszy cudownym zapachem. Składa się na niego wiele elementów. Owocowe nuty zapewniają jabłko, pomarańcza i melon, to właśnie im zawdzięcza świeżość. Wyczuwana słodycz to sprawka irysa, wanilii i piżma. Kompozycja tych wszystkich składników zamknięta w jednym produkcie tworzy wyjątkowy bukiet.

Kompleksowa pielęgnacja jaką gwarantuje 3 Minute Miracle Moisture to bardzo dużo co możesz dać swoim włosom, jednak niebagatelne znaczenie ma również sposób w jaki będziesz stosować odżywkę. Najpierw myjemy włosy i odciskamy je z nadmiaru wody. Podczas nakładania kuracji niezmiernie istotne jest ominięcie włosów przy skórze głowy.  Produkt należy aplikować na końcówki włosów, a dokładnie na 3/4 ich długości. Po 3 magicznych minutach dokładnie spłukujemy odżywkę. 

Mieliście już do czynienia z 3 minutową odżywką marki Aussie? Jakie są Wasze wrażenia na jej temat?

3 kroki do pięknej skóry


Weekend to czas kiedy możemy nieco zwolnić. Zazwyczaj w piątkowe wieczory lubię zanurzyć się w wannie pełnej piany i zrelaksować po zabieganym tygodniu kiedy na codzienne rytuały pielęgnacyjne udaje mi się wygospodarować jedynie kwadrans. Niestety w tym tygodniu miałam takiej możliwości, ze względu na brak ciepłej wody, który był dla nas zaskoczeniem. Od czasu kiedy wieczory często spędzam z moim wiecznie buszującym po nocach brzdącu, jakoś zaniedbałam systematyczne dbanie o kondycję mojej skóry. Szybki prysznic i jeden dzień na długą kąpiel to wszystko na co znajduję czas. Ale koniec tego, przyszedł najwyższy czas, żeby zacząć myśleć też o sobie, tym bardziej, że ostatnio udaje mi się utulić do snu mojego synulka już koło 20. 


Jak już wiecie ostatnio zostałam ambasadorką Le Petit Marseillais. Idealnie zbiegło się to w czasie z moimi zmianami. Le Petit Marseillais zaprezentowało ambasadorkom jak można dbać o nasze ciało, żeby było w pełni nawilżone i odżywione. Wydaje mi się, że jest to bardzo prosty schemat, nie wymagający poświęcenia na niego zbyt wiele czasu. Chciałam również Wasz zachęcić do stworzenia rytuału pielęgnacji idealnego dla Waszego ciała. Wystarczą tylko trzy kroki, żeby Wasza skóra cieszyła się dobrą kondycją. 


Ważny przy stworzeniu rytuału pielęgnacji jest wybór kosmetyków perfekcyjnie współgrających z Waszą skórą.  Zachęcam Was do wypróbowania produktów marki Le Petit Marseillais, która posiada w swojej ofercie ich szeroki wachlarz, dopasowany do różnych typów skóry, dzięki czemu z łatwością możecie znaleźć coś odpowiedniego dla siebie. Szczególnie zwróćcie uwagę na nową linię preparatów do mycia, które obecnie w drogeriach sieci Rossmann możecie kupić w promocyjnych cenach.

A jak wygląda Wasz rytuał pielęgnacji ciała? Macie jakieś ulubione kosmetyki których nie może zabraknąć na łazienkowej półeczce?

Wpis dzięki współpracy z Le Petit Marseillais

Płynne złoto Maroka


Kosmetyki zawierające olejek arganowy to ostatnio hit. Wiele firm dodaje go do swoich produktów. Taki zmasowany atak często uważam za chwilową modę, która przeminie tak samo szybko jak się pojawiła. Jednak w przypadku olejku arganowego jest inaczej, wręcz sama chcę Was zachęcić do stosowania produktów, które mają go w składzie.


Olejek arganowy powstaje z owoców drzew arganowych, które można spotkać jedynie w Maroku. Tak się złożyło, że 3 lata temu miałam okazję odwiedzić jedno z marokańskich miejsc w których wytwarzany jest ten słynny olejek. Mogłam tam zobaczyć pokaz podczas, którego dowiedziałam się jak dzięki silnym rękom marokańskich kobiet powstaje płynne złoto Maroka.

Jego zastosowanie jest bardzo bogate, można go używać zarówno na ciało i włosy, jak i w kuchni. Oczywiście olejek w wersji kosmetycznej jest inaczej przygotowany niż ten spożywczy, dlatego broń boże nie próbujcie używać olejku który kupiliście do ciała w kuchni.



Ja miałam to szczęście, że mogłam kupić czysty olejek, bez żadnych udziwnień. Dla mnie jako alergiczni było to idealne rozwiązanie, bo nie musiałam się obawiać o uczulenia, które często pojawiają się u mnie po użyciu kosmetyków, których skład to długa lista składników o dziwnych nazwach.  Byłam bardzo zadowolona z jego działania, skóra po jego stosowaniu stała się jedwabista, na twarzy zniknęły wszelkiego rodzaju przebarwienia, moje dłonie które mają tendencję do wysuszania, były bardzo nawilżone. Jedyne co mi nie odpowiadało, to brak zapachu, bo uwielbiam jak kosmetyki pachną, a dzięki nim i ja.




Mimo, że zapas olejków z Maroka miałam dość spory bardzo szybko zniknął, a stało się tak dzięki jego wszechstronnemu zastosowaniu. Później przerzuciłam się na inne produkty i zapomniałam o cudownych właściwościach tego płynnego złota. Ostatnio w mojej łazience zagościł pielęgnacyjny olejek do mycia Le Petit Marseillais łączący w sobie właśnie olejek arganowy z kwiatem pomarańczy. Ten duet jest wg mnie idealny, świetne połączenie substancji pielęgnacyjnych zawartych w obydwu składnikach i cudny zapach który zawdzięczamy kwiatom pomarańczy. Po jego użyciu aż sama się sobie dziwiłam, że przestałam stosować olejek arganowy. Cieszę się, że przypomniałam sobie o nim za sprawą Le Petit Marseillais i jestem pewna, że orzeźwiający olejek do mycia zagości u mnie na dłużej.

Pielęgnacyjny olejek do mycia Le Petit Marseillais, za sprawą olejku arganowego jest idealny dla zarówno dla suchej, jak i tłustej skóry, a dzieje się tak dzięki witaminie E i nienasyconych kwasom tłuszczowym znajdującym się w owocach drzewa arganowego. Osobom o suchej skórze zapewnia nawilżenie, odżywia i koi, natomiast tym którzy borykają się z tłustą skórą przywraca równowagę i wyrównuje koloryt. Płynne złoto Maroka ma jeszcze jedną bardzo ważną właściwość, jego regularne stosowanie sprawia, że skóra zachowuje młodość i witalność. Natomiast esencje z kwiatu pomarańczy mają działanie regeneracyjne, odbudowuje i uelastycznia skórę, a także dziają jak naturalny antyperspirant. Wyjątkowy zapach kwiatu pomarańczy bardzo często stosowany przy produkcji perfum nadaje temu orzeźwiającemu olejkowi do mycia Le Petit Marseillais wyjątkowy kwiatowy zapach.

A Wy stosujecie produkty z olejem arganowym?

Wpis dzięki współpracy z Le Petit Marseillais

Krem zamknięty w antyperspirancie




Znacie już to zdjęcie, a jeśli go nie kojarzycie odsyłam Was do poprzedniego posta w którym było ono użyte. Wspominałam Wam w nim, że rozpoczynam testy antyperspirantu Nivea Protect & Care i tak jak obiecałam wracam do Was z jego recenzją. Miałam okazje testować go dzięki temu, że jestem ambasadorką Klubu Ekspertek ofeminin.pl. Korzystam z niego już prawie od miesiąca, więc wydaje mi się, że jest to wystarczający czas, żeby móc wyrazić opinię na jego temat. W takim razie zaczynamy.




Nivea Protect & Care, który posiadam jest to antyperspirant w sprayu mieszczący się w metalowym opakowaniu z aerozolem o tradycyjnych rozmiarach. Fajne jest w nim to, że nie posiada zakrętki, która często potrafi się łamać, spadać za pralkę lub ginąć w innych nieznanych okolicznościach. Nivea zastosowała do tego produktu, coraz częściej stosowane zamknięcie on-off, wystarczy przekręcić górną część buteleczki zgodnie ze wskazówkami znajdującymi się na opakowaniu, żeby odblokować możliwość psikania, a następnie przekręcając w przeciwnym kierunku zablokować i zabezpieczyć przed przypadkowym naciśnięciem przycisku uwalniającego antyperspirant. Butelka antyperspirantu jest w kolorze dobrze znanego opakowania tradycyjnego kremu Nivea, przez co przywołuje skojarzenia z produktem dla mężczyzn. Wydaje mi się, że jest to jedyny minus tego produktu, jednak nie na tyle znaczący, żeby go odrzucić. 

Antyperspirant w sprayu  istnieje też w wersji mini, która dzięki swoim niewielkim rozmiarom mieści się nawet do małej torebki, co sprawia że można go mieć zawsze pod ręką. Istnieje także wariant bardziej ekonomiczny o pojemności 250 ml, który jest najmniej poręczny, za to starcza na dłużej i jego cena wypada najkorzystniej w porównaniu z pozostałymi wielkościami. 

W linii Nivea Protect & Care znajdziemy również antyperspirant w sztyfcie oraz jako roll-on.



Nie będę mocno rozpisywała się na temat składu Nivea Protect & Care, bo te wszystkie nazwy które widnieją na opakowaniu to dla mnie czarna magia. Z informacji promujących ten produkt możemy się dowiedzieć, że producent tworząc ten antyperspirant jego formułę mocno oparł na składzie kultowego kremu Nivea. Czy to prawda, trudno mi powiedzieć, ale faktycznie zapach Nivea Protect & Care jest niemal identyczny jak kremu, jedyna różnica to jego moc, gdyż w antyperspirancie wydaje się on intensywniejszy.


Dla osób zaznajomionych w produktach używanych w kosmetologii, podaje skład który można znaleźć na opakowaniu:

Butane, Isobutane, Propane, Cyclomethicone, Aluminum Chlorohydrate, Isopropyl Palmitate, Parfum, Glycerin, Panthenol, Octyldodecanol, Persea Gratissima Oil, Glycyrrhiza Glabra Root Extract, Sodium Ascorbyl Phosphate, Disteardimonium Hectorite, Dimethicone, Propylene Carbonate, Dimethiconol, Aqua, Limonene, Geraniol, Benzyl Alcohol, Citronellol, Linalool, Butylphenyl Methylpropional, Alpha-IsomethylIonone, Citral.



To jak antyperspirant Nivea Protect & Care działa to wg mnie najważniejsza kwestia. Ja jako alergiczka często borykam się z problemem podrażnionej skóry. Źle dobrany produkt sprawia, że mam zaczerwienioną skórę pod pachami. W przypadku Nivea Protect&Care ten problem nie wystąpił, wręcz odnoszę wrażenie, że ma on pielęgnacyjne właściwości. Skóra pod pachami po jego dłuższym użytkowaniu jest jedwabista i bardzo delikatna w dotyku. Chyba nikomu nie trzeba mówić jakie mamine życie jest aktywne, mnóstwo spraw na głowie, wszędzie jej pełno, robi kilka rzeczy na raz. Oczywistym jest, że mimo takiego zabiegania, chce się czuć świeżo, a dzięki Nivea Protect & Care jest to możliwe. Jest on bardzo skuteczny, wystarczy go użyć podczas porannej toalety i później cały dzień nie musimy się martwić czy przypadkiem nie unosi się wokół nas nieprzyjemna woń, bo jak przystało na antyperspirant zapobiega on poceniu się. Zapach który nam towarzyszy przez cały dzień dzięki Nivea Protect & Care pewnie jest znany wielu osobą, dzieje się tak za sprawą kultowego kremu Nivea, któremu swój skład i zapach zawdzięcza ten antyperspirant. Jest on delikatny i przyjemny, a jego nuta zapachowa nie gryzie się z perfumami. Żeby móc tak ładnie pachnieć, najpierw należy zaaplikować i w tym momencie pojawia się największy mankament tego produktu. Antyperspirant osypuje się i pozostawia na ubraniach biały filtr. Szkoda, bo gdyby nie to byłby to produkt idealny. Mi to zbytnio nie przeszkadza, ale wiem, że wiele osób może skreślić ten antyperspirant właśnie z tego powodu.




Bardzo polubiłam Nivea Protect&Care, pewnie dzięki zapachowi mojego ukochanego kremu Nivea. Nie zawiódł mnie jako antyperspirant, dzięki niemu cały dzień czułam się świeżo. Jedynie pozostawiane przez niego białe ślady mogą drażnić, ale wydaje mi się że jest to typowy problem antyperspirantów. Dlatego mimo to polecam Wam wypróbowanie na własnej skórze tej nowości Nivea. Jeżeli chcielibyście poznać jeszcze inne opinie na temat Nivea Protect&Care zachęcam Was do odwiedzenia strony ofeminin.pl, gdzie znajdziecie recenzje innych dziewczyn które miały okazję go testować. 


Wpis dzięki współpracy z Klub Ekspertek ofeminin.pl