czwartek, 28 lipca 2016

Nowe Warpno już nie takie kolorowe


Sobota już nas nie rozpieszczała tak piękną pogodą jaką mieliśmy dzień wcześniej. Trochę się chmurzyło i tak naprawdę nie wiedzieliśmy czy zaraz zacznie padać czy może jednak się rozpogodzi. Wychodząc z założenia, że przecież nie jesteśmy z cukru, żeby rozpuścić się pod wpływem deszczu postanowiliśmy wybrać się na spacer. Chcieliśmy jednak urozmaicenia, dlatego my mali podróżnicy na sobotni spacer wybraliśmy Nowe Warpno. 

Jest to nasza druga wizyta w tym miejscu, pierwszy raz w Nowym Warpnie byliśmy w zeszłym roku z naszymi przyjaciółmi. Wtedy zauroczyło nas to miejsce, pełni zachwytu stwierdziliśmy, że musimy odwiedzać je częściej, tym bardziej że znajduje się ono jedyne 40 km od naszego domu, więc odległość jak na wypad nad jeziorko w sam raz. 

Pełni pozytywnej energii, mając w pamięci nasze pierwsze wrażenie wyruszyliśmy na spacerek nad zatoką. Ku naszemu zdziwieniu nasze odczucia w stosunku do Nowego Warpna zmieniły się. Już nie widzieliśmy go w takich różowych kolorach. Wydało nam się smutne, małe, jakieś takie nijakie. Może przyczyniły się temu względy atmosferyczne, gdyż w zeszłym roku było piękne słońce, które jak wiadomo nastraja optymistycznie, a tym razem słonko bawiło się z nami w chowanego i raz wychodziło a raz się chowało i chyba przez taką huśtawkę pogodową nasze podejście do Nowego Warpna również było rozchwiane. 







Pierwszym miejscem które odwiedziliśmy podczas naszego spaceru była Wieża Widokowa z której rozpościera się przepiękny widok na Zalew Szczeciński, po krótkiej obserwacji okolic przespacerowaliśmy się do Alei Żeglarzy gdzie popodziwialiśmy żaglówki które były przycumowane do mariny. Zrobiliśmy sobie zdjęcie z Pomnikiem Rybaka, przy którym Kubulek czuł się nieswojo i szybciutko od niego uciekł. Następnie swoje kroki skierowaliśmy w kierunku rynku na którym stoi Pomnik Hansa Hartiga, malującego pejzaż, tutaj też trudno było namówić naszego brzdąca do wspólnego zdjęcia z malarzem, jedynie udało się go zainteresować przybornikiem z farbami, przy którym chwilę się pobawił. Zauważyliśmy, że nasz mały łobuziak truchleje przy różnego typu pomnikach, najczęściej przedstawiających ludzi lub zwierzęta dużych rozmiarów. 

Naszą wycieczkę w Nowym Warpnie zakończyliśmy na plaży, gdzie chwilę łapaliśmy promienie słoneczne siedząc na ławeczce znajdującej się na pomoście. Oczywiście nasz mały diabełek nie mógł usiedzieć w jednym miejscu i biegał w kółko, doprowadzając matkę do zawału. Nie jestem jakąś przewrażliwioną matką, zabraniająca dziecku wszystkiego, jednak barierki które znajdowały się przy pomoście były tak skonstruowane, że tak naprawdę nie chroniły za bardzo takich małych dzieci jak Kubuś przed możliwością wpadnięcia do wody, a on nie do końca świadomy zagrożenia szalał mimo ostrzeżeń przerażonej mamuśki. 

A Wy macie w okolicy takie miejsca które wybieracie na krótki rodzinny wypad, żeby pospacerować i naładować akumulatory na kolejne dni?

Etykiety: ,

wtorek, 26 lipca 2016

Piątkowy wypad do Międzyzdrojów


Wprost nie wierzę, że już wtorek. Dopiero co pisałam o wypadzie nad morze w zeszły weekend, a tu kolejny za nami. Dni lecą jak szalone, nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć co robiłam w zeszłym tygodniu. Chyba jakąś lecytynę muszę zacząć brać czy coś, bo już ze mną coraz gorzej. No nic, tak sobie musiałam pomarudzić, jak to ja. 

Nasz weekend tym razem zaczął się już w piątek. Artur wziął wolny dzień w pracy. Ja dzielnie przygotowałam małą wałówkę na wyjazd, ręczniki, namiocik plażowy, parasol przeciwsłoneczny i torbę dla Kubusia z obowiązkowym mleczkiem ochronnym 50+. Dodając do tego wszystkiego wózek, niemal cały bagażnik był zapełniony, a nie należy on do najmniejszych. 


Tym razem stwierdziliśmy, że nie będziemy kombinować skoro jedziemy tylko na plażowanie i pojechaliśmy do starych, wysłużonych Międzyzdrojów. Na miejsce zajechaliśmy koło 12. Jakoś nie chciało nam się zrywać skoro świt. Znając panującą w naszym kraju modę na parawaning, spodziewaliśmy się, że może być ciężko z miejscem na plaży o tej porze, ale wbrew pozorom bardzo szybko znaleźliśmy skrawek plaży dla siebie. Spokojnie zmieścił się na nim nasz nowy nabytek, namiocik plażowy, który wg mnie jest nawet pokaźnych rozmiarów, w porównaniu do tego, który sto lat temu kupiłam mojemu wrażliwemu na promienie słoneczne tacie. Fajna sprawa, z tym namiocikiem, zapakowany do etui zajmuje nie za dużo miejsca, a jak się go rozłoży to spokojnie pomieści dwie osoby, nawet na leżąco. Co prawda jego złożenie okazało się wyższą szkołą jazdy i musieliśmy się chwilę nagłowić jak z namiotowej postaci zamienić go w zgrabne kółeczko, ale wydaje mi się, że nauczenie się tej sztuki to tylko kwestia wprawy. Choć jak widziałam, nie tylko my mieliśmy problem ze składaniem tego typu namiotów, kilka osób w naszej okolicy głowiło się nad swoimi, choć były też mistrzynie, które po sprawnych 3 ruchach dzierżyły w dłoniach okręg zwycięstwa, szczerze powiem że byłam pełna podziwu dla sprytu tej Pani. Ale ale, to nie miał być wpis o namiociku.


Jak się okazało, wspomniane na wstępie moje problemy z pamięcią nie ograniczają się tylko do zapominania co robiłam kilka dni temu. Matka sklerotyczka nie zabrała z domu zabawek którymi kochany synulek mógłby bawić się w piasku. Tatuś niczym bohater z marvelowskich filmów poleciał po coś co mogłoby zająć naszego szkraba na czas pobytu na plaży, wrócił dzierżąc w dłoni kolorowy zestaw w którego skład wchodziło wiaderko, łopatka, grabki, 3 foremki i cudo którym Kubulek zawsze uwielbia bawić się w naszej ulubionej piaskownicy. Owe cudo to młynek do piasku, nasz nowo nabyty okazał się felerny, albo my jesteśmy tacy mało techniczni. Sypaliśmy piasek, który szybciutko przelatywał przez lejek, a gdy docierał do wiatraczków one ani drgnęły. Zezłościłam się, co za badziewie nam się trafiło, całość wygląda naprawdę solidnie, trudno powiedzieć co jest przyczyną takiego a nie innego zachowania wiatraczków. Dodatkowo rozczarowana mina Kubulka, który uparcie wsypywał piasek i czekał na znane mu przesypywanie się piasku sprawiła, że byliśmy zawiedzeni.


Na poprawę humoru Artur zabrał naszego małego delfinka do wody, w której ponoć bardzo dobrze się bawił wbiegając do wody, a po chwili uciekając przed nadpływającymi falami, sprawiało mu to niezłą frajdę. Ja niestety nie mogłam cieszyć oczu takimi rozczulającymi rodzica widokami, bo musiałam pilnować naszego plażowego dobytku, ale mój kochany małżonek pomyślał o mnie i nagrał filmik z Kubusiowych harców w wodzie. Po powrocie z wody Kubulek zaczął bawić się foremkami i nawet nie szukał ukrytego przeze mnie felernego młynka, zgodnie z maksymą czego oczy nie widzą tego sercu nie żal.

Czas spędzony na plaży minął nam bardzo szybko, ledwie przyszliśmy a jak zerknęłam na zegarek żeby sprawdzić czy nie zbliża się pora obiadowa okazało się, że plażujemy się już od 4 godzin. Zwinęliśmy manatki i poszliśmy coś zjeść. Pewnie nie trudno się domyślić gdzie skierowaliśmy swoje kroki, do smażalni, ale nie do byle jakiej, do naszej ulubionej smażalni ryb "Rekin".  Tradycyjnie zamówiliśmy po rybce i lubianej przez nas surówce, wzięliśmy też porcję frytek dla naszego niejadka, gdyby okazało się, że będzie miał długie zęby na rybkę. Oczywiście nie myliłam się, rybka była be, frytki początkowo też, ale w końcu jakimś cudem się do nich przekonał. Czy istnieje jakieś specjalna nazwa zwolenników owocowej diety z domieszką warzyw, bo chyba mój syn do takich się zalicza, muszę wgłębić się w ten temat.



Po obiadku wyruszyliśmy na krótki spacer promenadą, podczas którego oczywiście obowiązkowy jest pobyt na placu zabaw. Chłopaki szaleli, a mamuśka mogła ładować akumulatorki na kolejny tydzień ze swoim małym łobuziakiem.


Mimo ładnej pogody, z molo chciało nas wywiać i poniekąd udało się, ten przeszywający wiatr po paru godzinach na słońcu był na tyle nieprzyjemny, że zrobiliśmy w tym zwrot i zeszliśmy z molo, kierując się ku lodom z automatu. Kubulek pierwszy raz widział takie cuda jak lody kręcone i nie wywołały one w jego oczach zachwytu, nawet nie chciał ich spróbować, wyobrażacie sobie dziecko które nie chce lodów, niebywałe, a jednak.

Rodzice pochłonęli zawijasy i obraliśmy kierunek samochód. Drogę mieliśmy dość dobrą, mimo piątkowego wieczoru trafiliśmy na mały korek, który wynikał z wypadku na drodze. Szybko jednak korek został rozładowany i koło 20 byliśmy w domu.  

Etykiety: ,

poniedziałek, 18 lipca 2016

W poszukiwaniu wieloryba


Z cyklu, przeca my nie ogórki żeby kisić się w domu, również tej niedzieli wybyliśmy z domu. Tym razem wyruszyliśmy w dalszą podróż w nieznane. Do tej pory należałam do tych osób które jak upodobają sobie jakąś nadmorską miejscowość to nie wyobrażają sobie odwiedzania innych. Doszłam do wniosku, że najwyższy czas to zmienić i postanowiliśmy poznać inne nadmorskie miejscowości. Takim oto sposobem trafiliśmy do Rewala. Co prawda Artur kiedyś miał okazję odwiedzić to miejsce, ale było to dawno i przejazdem, więc można to puścić w niepamięć.

Około 140 km trasa minęła nam zaskakująco szybko. Do podróży przygotowałam się dobrze, dzięki czemu obyło się bez Kubulkowego marudzenia. Była tablica do rysowania, książeczki, przekąski, a w tle leciała muzyka z zajęć angielskiego, którą nasz szkrab bardzo lubi. Mniej więcej w połowie drogi Kubuś przysnął i obudził się akurat jak szukaliśmy miejsca do zaparkowania. Można powiedzieć podróż idealna, zresztą w drodze do domu było identycznie. 


'[




Sama miejscowość nie należy do największych, ale jest naprawdę urokliwa. Odwiedziliśmy taras widokowy którego wejścia strzegą szkielety wielorybów. Nie lada frajdę sprawiła Kubusiowi zabawa w fontannie znajdującej się zaledwie parę kroków od Ventus'a i Flukus'a, to imiona dwóch stalowych wielorybów, które nawiązują do miejscowych legend o wielorybie który odwiedził Rewal dawno dawno temu. 





Obowiązkowym punktem nadmorskich wycieczek jest krótki pobyt na plaży. Co prawda tym razem nie było smażingu plażingu, Kubuś trochę pobawił się w piasku, Artur jako znany rodzinny miłośnik pływania wskoczył na chwilę do morza, a ja siedząc na kocyku wdychałam jod, relaksowałam się, oczywiście jednym okiem rzucając na naszego małego Boba Budowniczego. Trochę poszaleliśmy, popstrykaliśmy fotki, w międzyczasie nie obyło się bez rybki na obiadek. 




W drodze powrotnej do domu postanowiliśmy odwiedzić miejsce, które rzuciło nam się w oczy jak wjeżdżaliśmy do miejscowości, to Park Wieloryba w którym można poznać różnych mieszkańców podwodnego świata. Chcemy poświęcić temu miejscu osobny post, który pojawi się niebawem, dlatego dziś tylko kilka ujęć z wodnymi stworzeniami.

Etykiety: ,

W poszukiwaniu wieloryba


Z cyklu, przeca my nie ogórki żeby kisić się w domu, również tej niedzieli wybyliśmy z domu. Tym razem wyruszyliśmy w dalszą podróż w nieznane. Do tej pory należałam do tych osób które jak upodobają sobie jakąś nadmorską miejscowość to nie wyobrażają sobie odwiedzania innych. Doszłam do wniosku, że najwyższy czas to zmienić i postanowiliśmy poznać inne nadmorskie miejscowości. Takim oto sposobem trafiliśmy do Rewala. Co prawda Artur kiedyś miał okazję odwiedzić to miejsce, ale było to dawno i przejazdem, więc można to puścić w niepamięć.

Około 140 km trasa minęła nam zaskakująco szybko. Do podróży przygotowałam się dobrze, dzięki czemu obyło się bez Kubulkowego marudzenia. Była tablica do rysowania, książeczki, przekąski, a w tle leciała muzyka z zajęć angielskiego, którą nasz szkrab bardzo lubi. Mniej więcej w połowie drogi Kubuś przysnął i obudził się akurat jak szukaliśmy miejsca do zaparkowania. Można powiedzieć podróż idealna, zresztą w drodze do domu było identycznie. 


'[




Sama miejscowość nie należy do największych, ale jest naprawdę urokliwa. Odwiedziliśmy taras widokowy którego wejścia strzegą szkielety wielorybów. Nie lada frajdę sprawiła Kubusiowi zabawa w fontannie znajdującej się zaledwie parę kroków od Ventus'a i Flukus'a, to imiona dwóch stalowych wielorybów, które nawiązują do miejscowych legend o wielorybie który odwiedził Rewal dawno dawno temu. 





Obowiązkowym punktem nadmorskich wycieczek jest krótki pobyt na plaży. Co prawda tym razem nie było smażingu plażingu, Kubuś trochę pobawił się w piasku, Artur jako znany rodzinny miłośnik pływania wskoczył na chwilę do morza, a ja siedząc na kocyku wdychałam jod, relaksowałam się, oczywiście jednym okiem rzucając na naszego małego Boba Budowniczego. Trochę poszaleliśmy, popstrykaliśmy fotki, w międzyczasie nie obyło się bez rybki na obiadek. 




W drodze powrotnej do domu postanowiliśmy odwiedzić miejsce, które rzuciło nam się w oczy jak wjeżdżaliśmy do miejscowości, to Park Wieloryba w którym można poznać różnych mieszkańców podwodnego świata. Chcemy poświęcić temu miejscu osobny post, który pojawi się niebawem, dlatego dziś tylko kilka ujęć z wodnymi stworzeniami.

Etykiety: ,

sobota, 16 lipca 2016

Apteczka małego podróżnika


Podekscytowani rezerwujemy pierwsze rodzinne wakacje z naszym brzdącem. Cieszymy się na wspólnie spędzone chwile. Wszystko ładnie pięknie, do momentu kiedy nadchodzi najwyższy czas, żeby zacząć się pakować. Wtedy zaczyna pojawiać się wiele znaków zapytania dotyczących zawartości walizki najmłodszego podróżnika. Największy zawrót głowy wywołuje zawartość apteczki. Dzisiaj postanowiliśmy podzielić się z Wami naszymi doświadczeniami w tym temacie. Co nam się przydało, o czym zapomnieliśmy a w praniu okazało się potrzebne. 


Spędzamy cały dzień na słońcu, dzieciaczek bawił się na całego, szalał niczym wulkan energii. Przychodzi wieczór, a mały rozrabiaka staje się apatyczny i marudny. Przykładamy dłoń do główki, wydaje nam się rozgrzana. W tym momencie chwytamy za pierwszą rzecz która na pewno musi znaleźć się w apteczce, a mianowicie termometr.  Okazuje się, że nasz brzdąc faktycznie ma podwyższoną temperaturę. Póki nie przekroczy ona 38 st. nie panikujmy, gdy termometr wskaże wyższą wartość podajemy dziecku lek obniżający temperaturę. Najlepiej, żeby był to preparat, którego używaliście do tej pory w takich wypadkach, nie eksperymentujmy. Gorączka podczas wakacji może być pierwszym symptomem infekcji. Zdarza się jednak, że jej pojawienie jest wynikiem przegrzania organizmu. 


Maluch bawi się w piasku, a z nosa cieknie. Nawet dorosłego taka sytuacja doprowadziłaby do szewskiej paski, a co dopiero dziecko, które na dodatek słyszy od rodziców żeby nie wycierał noska brudnymi od piasku rączkami. W takich sytuacjach podejmujemy walkę z katarem. Na podorędziu mamy przygotowane w apteczce leki obkurczające błonę śluzową, które można aplikować dziecku kilka razy dziennie, jednak nie dłużej niż przez 3-4 dni, gdyż zbyt długie ich stosowanie może uszkodzić błonę śluzową. Dodatkowo oprócz kropli do nosa warto zaopatrzyć się w maść majerankową, której niewielka ilość rozsmarowana pod noskiem dziecka może zdziałać cuda. Oczywiście nie zapominajmy o udrażnianiu noska, dlatego do apteczki musi powędrować aspirator, który w przypadku najmłodszych dzieciaczków jest niezbędny. Woda morska również w przypadku problemów z noskiem jest nieocenionym pomocnikiem.

Uporczywy kaszel drażni dorosłych, a co dopiero dziecko. W takiej sytuacji sprawdzony syrop okazuje się koniecznością. Warto też zaopatrzyć się w aerozol na ból gardła w przypadku najmniejszych dzieci, nieco starszym dzieciom nie lada frajdę przyniosą lizaki na gardło, będące zarówno przyjemne jak i pożyteczne. 


Podczas przeziębień warto podawać dziecku witaminę C, dlatego i jej nie powinno zabraknąć w apteczce. Na wieczór warto również użyć produkt ułatwiający oddychanie, w zależności od wieku dziecka może to być maść, żel bądź plasterki. W warunkach domowych z przeziębieniami walczymy przy użyciu inhalatora. Stwierdziliśmy jednak, że nie będziemy go ze sobą taszczyć na wakacje. Dziś po naszych wakacyjnych przebojach z przeziębieniem już wiem, że warto zaopatrzyć się w turystyczną wersje inhalatora. Nebulizacja solą fizjologiczną naprawdę dużo daje, a tak naprawdę nie jest dużą ingerencją w delikatny organizm dzieci.  


Zatrucia pokarmowego nie życzę żadnemu dziecku, ale niestety czasem mają one miejsce. Często jest ono wynikiem zmiany flory bakteryjnej. Mimo, że na wakacje z dziećmi wybieramy cywilizowane kraje europejskie, delikatne organizmy maluchów różnie na to reagują, baa, nawet wakacje w kraju na drugim końcu Polski mogą być szokiem dla dziecięcej flory. Chyba każdy wie, że lepiej zapobiegać niż leczyć, dlatego przed wakacjami przez co najmniej tydzień warto podawać probiotyk. Później w trakcie pobytu na wakacjach oczywiście profilaktycznie też go podajemy. Jak jednak mimo wszystko naszego malucha dopadnie biegunka, podajemy leki hamujące biegunkę. Nie zapomnijmy również o elektrolitach, gdyż długo utrzymująca się biegunka lub wymioty mogą doprowadzić do odwodnienia i wtedy niezbędne jest nawodnienie organizmu.


Reakcje alergiczne są różne, jeżeli dziecko ma zdiagnozowane przez lekarza alergie jego rodzice na pewno wiedzą jak postępować. Zdarza się jednak, że alergie dopadają również dzieci bez skłonności do alergii, wtedy podajemy wapno. 

To by było na tyle jeśli chodzi o leki.


Wyjeżdżając z dzieckiem trzeba być też przygotowanym na różnego typu otarcia, stłuczenia, skaleczenia, itp. W takich sytuacjach pomocne okazują się:

  • woda utleniona,
  • plastry (myślę, że nie trzeba wspominać o tym, że najlepsze są te z kolorowymi wzorkami, które dzieci uwielbiają),
  • krem na otarcia,
  • krem przyspieszający gojenie.

Komary podczas wakacji mogą okazać się zmorą, dlatego warto pamiętać o preparatach chroniących przed ukąszeniami pomocnych w walce z nimi. Gdy okaże się, że jednak tą walkę przegraliśmy przyda nam się żel łagodzący swędzenie i reakcje alergiczne wywołane przez "ugryzienia".


Jeżeli Wasz maluch jest jeszcze na etapie ząbkowania nie zapomnijcie spakować do apteczki żelu na dziąsełka. 

Wydaje mi się, że tak skompletowana apteczka małego podróżnika sprawia, że jesteśmy przygotowani praktycznie na każdą sytuację. Niestety ja jestem taka mądra po fakcie. Oczywiście podczas naszych przygotowań do wakacji umknęło mi kilka rzeczy np. wspierających walkę z katarem czy komarami, które w praniu okazały się potrzebne. Również nie zaopatrzyłam się w kremy na otarcia i przyspieszające gojenie, chyba zapomniałam na chwilę o tym, że mój brzdąc to mały łobuziak, na całe szczęście podczas wakacji mieliśmy tylko jedno otarcie kolana. No nic, moje braki w apteczce zrzucę na karb tego, że wakacje kupowaliśmy na ostatnią chwilę i nie miałam za dużo czasu na przygotowania. 

Mam nadzieję, że trochę pomogłam w szykowaniu idealnej apteczki. A może macie jeszcze jakieś sugestie, co wg Was powinno jeszcze znaleźć się w apteczce przygotowywanej z myślą o dzieciach?

Etykiety: ,

wtorek, 12 lipca 2016

Zadbane dłonie to podstawa


Często można spotkać się ze stwierdzeniem, że dłonie są wizytówką człowieka. Istotnie tak jest. Wbrew pozorom to właśnie one rzucają się najbardziej w oczy osobom z którymi mamy kontakt. Dlatego też niezmiernie istotne jest to, żeby dbać o ich ładny, zadbany wygląd. Tak samo ważne jest to w przypadku kobiet, jak i mężczyzn. Nie chodzi tu tylko o zadbane paznokcie, których odpowiednia długość, kształt i w przypadku pań ładny kolor bez odprysków są priorytetem. Równie ważne jest dbanie o skórę dłoni. Można to robić na różne sposoby, stosując maski, peelingi czy rękawiczki nasączone substancjami sprawiającymi, że nasze dłonie wyglądają pięknie i młodo. Wszystkie te zabiegi to wyższy poziom dbania o dłonie na który trzeba wygospodarować trochę czasu. Nie znaczy to jednak, że jeżeli jesteśmy zabiegani nie możemy zająć się ładnym wyglądem naszych dłoni. Tak naprawdę wystarczą dwie czynności, które systematycznie wykonywane mogą zdziałać cuda. Mycie rąk i ich kremowanie. Tak tak, tylko tyle, ale jak się okazuje dla niektórych aż tyle. W przypadku mycia rąk, niezmiernie ważne jest to, żeby używać dobrej jakości mydła, o PH odpowiednim dla naszej skóry, najlepiej bogatych w substancje nawilżające. Drugim niezbędnikiem dla zadbanych dłoni jest krem do rąk. Na rynku można spotkać bardzo dużo rodzajów kremów do rąk, każdy może znaleźć taki który będzie idealny dla dłoni. Niezmiernie istotne jest systematyczne stosowanie kremu, co najmniej 2 razy dziennie, a najlepiej po każdym myciu rąk.

Ja mimo różnych zabiegów na dłonie, niestety nie mogę się pochwalić idealną kondycją skóry na dłoniach. Jest ona bardzo wrażliwa na czynniki zewnętrzne i wymaga bardzo częstego nawilżania. Krem do rąk jest towarzyszem mojego dnia. Nie mam swojego ulubieńca, stosuje różne, ale zawsze przy ich wyborze zwracam uwagę na skład i właściwości odżywcze i regeneracyjne.



Ostatnio na mojej półeczce przy umywalce w łazience zagościł odżywczy krem do rąk Le Petit Marseillais. Jego ciekawy skład sprawia, że z chęcią chce się wypróbować jego możliwości. To mix trzech wyjątkowych składników, masła Shea za sprawą którego skóra naszych dłoni jest odżywiona i nawilżona na odpowiednim poziomie, olejku arganowego dzięki któremu możemy cieszyć się gładką skórą oraz słodkich migdałów wspomagających działanie pozostałych składników. Naprawdę brzmi zachęcająco. 

Krem ma bardzo lekką konsystencję, rozsmarowuje się idealnie, a wchłania się błyskawicznie. Po jego użyciu na dłoniach powstaje powłoka, która sprawia że są one gładkie i przyjemne w dotyku. Nawet po umyciu rąk wyczuwalne jest to, że krem nadal chroni dłonie. Krem ma bardzo przyjemny zapach, który utrzymuje się dość długo. Stosowanie kremu Le Petit Marseillais to sama przyjemność.


Wpis dzięki współpracy z Le Petit Marseillais

Etykiety: ,

środa, 6 lipca 2016

Eksplozja w świecie mody


Paryż 1946 rok. Pokaz mody, piękna kobieta ubrana jedynie w biustonosz składający się z dwóch trójkącików wiązanych na szyi i plecach sznureczkami oraz majtek zawiązywanych na biodrach. Domyślacie się co to za wydarzenie? To właśnie wtedy po raz pierwszy został zaprezentowany strój kąpielowy, który dziś gości w szafie niemal każdej kobiety. Bikini, bo to właśnie o nim mowa, swoją nazwę zawdzięcza atolowi znajdującemu się na Pacyfiku, gdzie w latach 40 amerykanie testowali broń jądrową. Louis Reard wymyślając nazwę dla zaprojektowanego przez siebie tak ekstrawaganckiego w tamtych czasach kostiumu pewnie spodziewał się, że jego wygląd wywoła eksplozję emocji porównywalną do wybuchu bomby atomowej. Tak też się stało. Opinie na temat nowego kostiumu były bardzo skrajne. Większość osób jego wygląd bulwersował, kobiety bały się pokazać na plaży w tak skąpym odzieniu. Przedstawiciele świata mody zachwycili się wyglądem stroju kąpielowego autorstwa Reard'a, uznając go za rewolucyjny pisali mu świetlaną przyszłość. Władze wielu krajów zakazały noszenia strojów tak eksponujących kobiece ciało, znajdowała się wśród nich Hiszpania, Portugalia, a nawet Włochy. Musiało minąć kilka kolejnych lat, żeby ludzie przekonali się do tak wyglądającego stroju kąpielowego, a przyczynił się do tego Hollywood. Ikona ówczesnego kina Brigitte Bardot wystąpiła w jednej z produkcji w skromnym kostiumie kąpielowym w kratę. Był to przełomowy moment dla popularności tego rodzaju kostiumu kąpielowego. Rzesze kobiet wzorujących się na swojej idolce zaczęło przyodziewać bikini podczas relaksu na plaży. Dziś po 70 latach ogólny zarys wyglądu bikini niewiele się zmienił. Projektanci eksperymentują z różnymi rodzajami tkanin, próbują przemycić odrobinę siebie do wyglądu projektowanego stroju, jednak pierwotny kształt wymyślony przez Louis Reard nadal obowiązuje.

Znaliście wcześniej historię bikini? Zdawaliście sobie sprawę, że jego pojawienie wywołało tyle emocji? 

Etykiety:

wtorek, 5 lipca 2016

Kremowe chusteczki



Co sądzicie o chusteczkach oczyszczających do twarzy? Jak wiecie ostatnio byliśmy na wakacjach, na których towarzyszyły mi one. Parę lat temu stosowałam takie chusteczki i jak zwykle nawet nie wiem czemu zrezygnowałam z nich na rzecz innych produktów. Teraz jako ambasadorka Klubu Ekspertek ofeminin.pl miałam okazje testować nowość Chusteczki oczyszczające Nivea Creme Care. 

Jak się okazuje, niedawno przeze mnie opisywany antyperspirant Nivea Protect & Care to nie jedyny kosmetyk Nivea, który cieszy swoim zapachem miłośników kultowego kremu Nivea. Powstała cała seria produktów do pielęgnacji twarzy, mleczko, krem oraz chusteczki. Z racji tego, że póki co miałam okazję używać chusteczek to właśnie o nich opowiem Wam w paru słowach. 


Chusteczki kryją się w typowym do tego rodzaju produktów opakowaniu. Nivea stosował już nie raz takie rozwiązanie i postanowił przy nim pozostać. Szczerze mówiąc, nie do końca cieszy mnie ten fakt. Nie wiem czy to tylko mój problem, ale mniej więcej w połowie użytkowania zaczynam mieć problemy z "zamknięciem", pod warstwę klejącą dostają mi się jakieś paproszki, które powodują że przestaje ona działać. Przez to do opakowania dostaje się powietrze, a nie jest to zbyt korzystne dla chusteczek. Szkoda, że Nivea nie pomyślało o plastikowych zamknięciach, które można spotkać w wilgotnych chusteczkach dla dzieci. 

Kolorystyka opakowania nawiązuje do kultowego kremu Nivea, któremu chusteczki zawdzięczają swój cudny zapach.

W opakowaniu kryje się 25 chusteczek. Ja używam tego typu produktu zazwyczaj podczas wyjazdów, na które spokojnie wystarczyłoby o połowę mniejsze opakowanie. Wydaje mi się jednak, że dla osób korzystających z takich chusteczek na co dzień, dużo korzystniejsze byłoby gdyby w opakowaniu znajdowało się tyle chusteczek, żeby starczyły one na cały miesiąc codziennego stosowania.



Z informacji promujących ten produkt możemy się dowiedzieć, że produkt ma pielęgnacyjną formułę z Euceritem®, pantenolem i niepowtarzalnym zapachem Kremu NIVEA, dzięki czemu jest dostosowana do wszystkich typów cery.

Dla osób zaznajomionych w składnikach używanych w kosmetologii, podaje skład który można znaleźć na opakowaniu:

Aqua, Isopropyl Stearate, Glycerin, Dimethicone, Methylpropanediol, Panthenol, Lanolin Alcohol (Eucerit®), Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Polyglyceryl-3 Methylglucose Distearate, Sodium Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, 1,2-Hexanediol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Limonene, Linalool, Geraniol, Citronellol, Benzyl Alcohol, Alpha-Isomethyl Ionone, Butylphenyl Methylpropional, Citral, Parfum


Chusteczki mają wymiar ..x.., ich wielkość jest wystarczająca do oczyszczenia całej twarzy nawet z pełnego makijażu. Są mięciutkie i miłe w dotyku, co sprawia że ich użytkowanie jest bardzo przyjemne. Nie mam żadnych zastrzeżeń do oczyszczania twarzy, chusteczki bez problemu usuwają podkład, róż, bronzer oraz inne produkty, które nakłada się na twarz. W przypadku demakijażu oczu, odczuwałam delikatne szczypanie, na szczęście nie pogłębiło się to w poważniejsze uczulenie. Skuteczność usuwania kosmetyków oceniam dobrze, przy użyciu chusteczki z łatwością można pozbyć się tradycyjnych kosmetyków, natomiast w przypadku wodoodpornych zajmie to trochę więcej czasu, jednak również można się ich pozbyć z twarzy.


Chusteczki oczyszczające Nivea Creme Care świetnie nadają się w podróży. Zajmują stosunkowo mało miejsca i dzięki nim nie musimy brać ze sobą kilku produktów do demakijażu, bo możemy je zastąpić jedną chusteczką. Ich cudny zapach uwielbianego przeze mnie kremu Nivea sprawia, że są bardzo przyjemne w stosowaniu. Skóra po ich użyciu jest gładka i ładnie pachnie. Jest to fajny naprawdę gadżet.

Jeżeli chcielibyście poznać jeszcze inne opinie na temat Chusteczek oczyszczających Nivea Creme Care oraz innych produktów do oczyszczania twarzy z serii Nivea Creme Care zachęcam Was do odwiedzenia strony ofeminin.pl, gdzie znajdziecie recenzje innych dziewczyn które miały okazję je testować. 


Wpis dzięki współpracy z Klub Ekspertek ofeminin.pl

Etykiety: ,