środa, 28 września 2016

Nasza bostońska przygoda



Poniedziałkowy wieczór 2 tygodnie temu. Kubuś wykąpany, najedzony, wskoczył do łóżka. Przytulił się do mnie i razem zaczęliśmy przeglądać książeczkę w poszukiwaniu bajeczki na dobranoc. Gdy jego główka w końcu wylądowała na moim ramieniu odniosłam wrażenie, że jest cieplejsza niż zwykle. Spokojnie przeczytaliśmy wybraną bajeczkę i postanowiłam sprawdzić, czy to tylko wrażenie, czy Kubuś jednak ma podwyższoną temperaturę. Okazało się, że nie myliłam się, mój szkrabek miał 37 st "z kreskami". Przyjęłam to ze spokojem i postanowiłam obserwować przez noc jak rozwinie się sytuacja. Z biegiem czasu temperatura wzrosła do ponad 38st, podałam małemu syropek na zbicie temperatury, który podziałał przez jakąś godzinkę i znów temperatura wzrosła do niema 39 st. Oprócz temperatury zauważyłam, w paru miejscach niewielkie czerwone krostki. Nie było ich za wiele, ale stwierdziłam, że nie ma co bagatelizować sprawy i zapisałam Kubulka na wizytę do pediatry. 

Od rana Kubuś strasznie grymasił, nie chciał nic jeść ani pić. Temperatura około 38 st utrzymywała się. Zaczęło mnie to martwić. Nasza lekarka stwierdziła, że do wieczora mam podawać leki na zbicie temperatury i dużo poić, a jak wysoka temperatura będzie nadal się utrzymywała mam jechać z małym do szpitala. Trochę zbagatelizowała czerwone krostki, mimo że zauważyła też ich kilka w gardle. Wróciliśmy do domu, Kubek poszedł spać, a temperatura zamiast się unormować zaczęła jeszcze bardziej rosnąć. Późnym popołudniem na termometrze pojawiło się 40 st. Chciałam podać małemu syropek, a ten darł się wniebogłosy, wyrywał i nie dało się. Przerażona zadzwoniłam po Artura i kazałam mu natychmiast wracać do domu. 

Razem z Arturem wzięliśmy Kubę i pojechaliśmy do szpitala. Po badaniu została postawiona wstępna diagnoza - podejrzenie choroby bostońskiej oraz odwodnienie. Gdy to usłyszałam na mojej twarzy pojawiła się mina w stylu "że co?". Nigdy wcześniej nie słyszałam o takiej chorobie, nie miałam zielonego pojęcia co to takiego. Trochę się przestraszyłam, ale jak się później okazało zupełnie niepotrzebnie. Zostaliśmy przyjęci na oddział, przydzielono nam sale jednoosobową, w której swobodnie Kubulek w moim towarzystwie mógł wracać do zdrowia. Mój mały pacjent był bardzo dzielny podczas umieszczania wenflonu na rączce, później bez protestów pozwolił podłączyć się do kroplówki, która przez całą noc go nawadniała. Równocześnie miał podawane leki na zbicie temperatury, które pomyślnie ją obniżały. W szpitalu spędziliśmy półtora dnia podczas których temperatura się unormowała, Kubuś zaczął co nieco jeść i pić, a na jego ciele nie pojawiło się więcej krostek, natomiast te które były w buzi przestały być tak "zaognione" jak na początku. 

Na szczęście okazało się, że to nie była bostonka. Ale czy było się czego bać, czy jest to poważna choroba? O tym już niebawem.

Etykiety: ,

wtorek, 27 września 2016

Perełki pełne zapachu


Uwielbiam zanurzyć się w łóżku i otulić kołdrą powleczoną w ślicznie pachnącej pościeli. Mamy kilka zestawów poszewek na kołdry i poduszki, przez co często się zdarza, że zmiana pościeli czeka na swoją kolej kilka tygodni. Z biegiem czasu zapach świeżo upranego prania ulatnia się i zmiana pościeli nie sprawia już tyle radości i przyjemności. W poszukiwaniu sposobu na ten było nie było problem natknęłam się na nowość marki Lenor. 

Lenor Unstoppables to małe perełki z wyglądu przypominające cukiereczki. Dzięki nim nasze pranie ma zyskać wyjątkowy zapach, który utrzyma się nawet do 12 tygodni, jest tylko jeden warunek, uprane rzeczy muszą być przechowywane w miejscu, które można zamknąć. 

Uznałam, że produkt ten świetnie sprawdzi się w przypadku zarówno wcześniej wspomnianej zmiany pościeli, jak i ręczników, które w moim domu chowane są na jednej z półek szafki w łazience. 


Jak tylko perełki zapachowe trafiły w moje ręce postanowiłam od razu sprawdzić ich możliwości. Do bębna pralki wrzuciłam zalecaną ilość specyfiku, chwyciłam za dotychczas używaną przez nas zmianę pościeli, umieściłam ją w pralce, dodałam standardowo używane przeze mnie produkty do prania, po czym ustawiłam odpowiedni program i załączyłam pranie. Z podekscytowaniem czekałam na charakterystyczny sygnał wydawany przez moją pralkę na zakończenie nastawionego programu. 


Gdy wybrzmiał wyczekiwany dźwięk niczym łania pobiegłam do pomieszczenia gospodarczego w którym mamy naszą mini pralnie. Otworzyłam drzwiczki i pomieszczenie zalał bardzo świeży przyjemny zapach. Chwyciłam świeżo uprane poszewki i zapach stał się jeszcze bardziej wyczuwalny. Przenosząc pranie na balkon gdzie znajdowała się suszarka żaden z domowników nie pozostał obojętny. Kubek od razu chwycił poszewkę i przytknął ją do swojego malutkiego noska wydając odgłosy zadowolenia. Artur podniósł wzrok znad komputera i spytał "co tak ładnie pachnie?". Nie trzeba chyba nic dodawać, pranie dzięki perełką Lenor Unstoppables zyskało nowy, wyjątkowy wymiar. 


Gdy pranie wyschło nadal uwodziło nas swoim cudownym zapachem. Mimo to, że strasznie nas korciło, żeby od razu zmienić dotychczas używaną pościel na tą świeżo upraną stwierdziłam, że muszę sprawdzić czy zapewnienia o długotrwałym, nawet 12 tygodniowym, utrzymywaniu się zapachu mają pokrycie w rzeczywistości, czy są tylko sloganem reklamowym. Złożyłam poszewki w zgrabne kosteczki i położyłam na półce w szafce. Co prawda pościel zmieniam raz w miesiącu, ale dla dobra testu przeciągnęłam to o dwa tygodnie, co dało nam 6 tygodni. Co prawda to tylko połowa z 12 tygodni przez które producent gwarantuje nam świeży zapach prania, ale mimo to z lekkim niedowierzaniem ściągnęłam za zmianę pościeli leżącą na górnej półce szafki, do której mam dość ograniczony dostęp, przez co nie kontrolowałam jej zapachu na bieżąco. Ku mojemu zdziwieniu ten świeży zapach poznany 6 tygodni wcześniej nadal mieszkał w poszewkach. Może nie był tak intensywny jak zaraz po praniu, ale pościel pachniała bardziej niż ta którą prałam bez użycia Lenor Unstoppables. Wygląda na to, że perełki spełniają swoje zadanie, co mnie niezwykle cieszy. 

Miałaś już do czynienia z perełkami zapachowymi Lenor Ustoppables? Co sądzisz o tego typu produktach?


Wpis dzięki współpracy z EverydayMe

Etykiety: ,

środa, 7 września 2016

Królowa gry wg Playboy'a




Nie należę do osób, które używają tylko jednych perfum. Dzięki Arturowi, który z niemal każdego wyjazdu służbowego przywozi mi nowy flakonik perfum, mam ich tak dużo, że niemal mogłabym otworzyć perfumerię. Zapachy dobieram do swojego nastroju, nie bez znaczenia jest również okazja na jaką akurat się szykuję, wszystko musi się dobrze komponować. 

Jak tylko w Klubie Ekspertek ofeminin.pl pojawiła się możliwość wypróbowania nowej wody toaletowej sygnowanej króliczkiem Playboy'a bez wahania postanowiłam zgłosić się do testowania, żeby poznać jej zapach.


Zapach zamknięty jest w owalnym szklanym flakoniku. Jest on przezroczysty, dzięki czemu doskonale widoczny jest znajdujący się w nim płyn o eleganckim cyklamenowym kolorze. Kropką nad i jest ozdobna nakładka z króliczymi uszkami, jednym z atrybutów Playboy'a. Oczywiście nie mogło też zabraknąć chyba wszystkim znanego loga, które zostało wytłoczone na jednym z boków buteleczki. Queen Of The Game występuje w trzech wielkościach, 40 ml, 60 ml oraz 90 ml. 

Queen Of The Game to intrygująca kombinacja składników. Głowę tworzą czarna porzeczka, kawa i passiflora, w sercu znajduje się kwiat pomarańczy i jaśmin wielkolistny, natomiast na bazę składają się paczula, czekolada, fasolka tonka i cedr.


Już po pierwszym użyciu tej wody toaletowej od razu wiedziałam, że nie zagości ona u mnie na dłużej. Zapach jest bardzo intensywny, dla mnie wręcz duszący. Osobiście preferuję lżejsze zapachy. Wystarczy niewielka jego ilość, żeby zapach był wyczuwalny. Po aplikacji zapach utrzymuje się na skórze stosunkowo krótko, już po ok. 4 godzinach jest ledwie wyczuwalny. 

Wydaje mi się, że Queen Of The Game to dobra propozycja na randkę pod osłoną nocy. Wystarczy mała czarna, szpilki oraz kropla wody toaletowej i mamy seksowny look zwieńczony intrygującym zapachem. Na co dzień zapach ten może odpowiadać pewnym siebie dziewczynom. Wiele do życzenia ma trwałość tego produktu, ale rozwiązaniem na to może być zastosowanie pozostałych produktów z serii, dzięki którym niemal od stóp do głów można otulić się jednym zapachem. Marka Playboy oprócz wody toaletowej przygotowała jeszcze dezodorant z atomizerem, dezodorant w sprayu oraz żel pod prysznic.

Jeśli zainteresował Cię nowy zapach od Playboy'a i chciałabyś poczytać trochę więcej na jego temat, zachęcam do odwiedzenia strony ofeminin.pl gdzie znajdziesz opinie innych dziewczyn, które tak jak ja testowały Queen Of The Game.

Miałaś już okazję wypróbować, któryś z zapachów Playboy'a? 

Etykiety: ,

piątek, 2 września 2016

Enfamama zawitała do nas pod osłoną nocy


Pewien sierpniowy wieczór. 21:00 wybiła na zegarze. Kubek ani myśli żeby iść spać, co prawda nie biega już po mieszkaniu z szaleństwem w oczach, spokojnie leży przytulony do mamusi i słucha czytanych bajeczek, tyle tylko że na jednej czy dwóch się skończyło, nasz mały terrorysta żąda kolejnej i kolejnej. 

Nagle w mieszkaniu rozbrzmiewa dźwięk domofonu. Obydwoje z Arturem rzucamy w swoich kierunkach pytające spojrzenia, kto u licha o tej porze postanowił nas nawiedzić? Artur w końcu ruszył swoje szanowne 4 litery i poczłapał do domofonu. Okazało się, że po drugiej stronie słuchawki usłyszał głos kuriera. Otworzył i wrócił do przerwanego dzwonkiem czytania książki w między czasie rzucając, "do ciebie, kurier". No tak, bo do kogóż innego może przychodzić w naszym domu jakaś przesyłka. Równie ochoczo jak mój małżonek wstałam z łóżka, pozostawiając naszego małego księcia sam na sam z książeczką. Jednak w mojej głowie od razu pojawił się kolejny znak zapytania, co to może być, przecież nic nie zamawiałam. Wirujące w mojej głowie myśli zatrzymało pukanie do drzwi. Otworzyłam i moim oczom ukazał się Pan z pokaźnej wielkości paczką. Znak zapytania zaczął skakać mi nad głowom niczym kuleczka Pomysłowemu Dobromirowi.

Kolejny rzut oka na pudełko i już wszystko było jasne. Okazało się, że paczka wcale nie była do mnie tylko do naszego synulka. Pewnie jesteście ciekawi co w niej się kryło.


Jakiś czas temu postanowiłam zapisać nas do EnfaMama Klub. Co prawda z mleka marki Enfamil korzystaliśmy przez pierwszy rok życia Kubulka, ale jakoś wcześniej nie wiedziałam o istnieniu takiego miejsca. Dowiedziałam się o nim szukając nowych informacji na temat żywienia mojego małego niejadka. Jest to ciekawe miejsce szczególnie dla świeżo upieczonych rodziców. 

Oprócz zdobywania wiedzy merytorycznej, klubowicze mają szanse otrzymać upominki i właśnie taki trafił do nas pamiętnego wieczoru. W sporej wielkości pudełku ukryte były próbki mleczka przeznaczonego dla dzieci w wieku Kubulka oraz butelka w której można je przygotować. Nam niestety trafiła się butelka w kolorystyce dziewczęcej, szkoda bo świetnie nadawałaby się do przedszkola, ale nie będziemy dawać Kubusiowi pomarańczowo-różowej buteleczki, wykorzystamy ją do picia w domu. Szkoda, że w formularzu zgłoszeniowym nie ma pytania o płeć dziecka, dzięki temu nie byłoby takich problemów. Drugim prezentem była ukochana przez Kubusia "Księga dźwięków",  z adnotacją do rodziców, żeby wspierali rozwój malucha. Uważam, że jest to świetna inicjatywa. Co prawda mamy ją w domu już od ponad roku, ale jak łatwo można się domyślić, po takim czasie nie wygląda już tak jak na samym początku. Kubuś trochę ją zmaltretował, zamiast jednej mamy 3 książeczki, parę stron zniszczyło się podczas rozdzierania książeczki na części, dlatego bardzo ucieszyliśmy się, że Enfamil podarował nam nową. 

Co Wy sądzicie o tego typu klubach dla rodziców? Należycie do któregoś z nich?

Etykiety: ,

czwartek, 1 września 2016

Do przedszkola naprzód marsz


W tym tygodniu Kubek rozpoczął wielką przygodę swojego życia, stał się przedszkolakiem. Od poniedziałku uczęszczaliśmy na zajęcia adaptacyjne w wybranym przez nas już jakiś czas temu przedszkolu. Przez trzy dni dzieci poznawały nowe miejsce w towarzystwie najbliższych. Kubuś okazał się urodzonym przedszkolakiem. Drugiego dnia miał lekki kryzys, ale jak się okazało wszystkiemu winna była senność. 

Nie będę ukrywała, chyba jak każda mama trochę obawiałam się jak mój mały mężczyzna poradzi sobie w nowej sytuacji. W końcu do tej pory tak naprawdę niemal zawsze byłam przy nim, a jak nie ja to tata, bądź dziadkowie. Takie wychuchane wydmuchane oczko w głowie rodziców i dziadków, miało zostać puszczone w wielki, jak dla niego, świat. Z drugiej strony razem z Arturem stwierdziliśmy, że posłanie Kubusia do przedszkola wyjdzie mu tylko na dobre. Dzięki kontaktom z rówieśnikami i z doświadczoną kadrą pedagogiczną, może nauczyć się rzeczy których nie ma w domu, albo przeciwko którym trochę się buntuje, przynajmniej mamy taką nadzieję. Jak będzie okaże się za jakiś czas. Póki co Kubuś przyzwyczaja się do nowego miejsca. 

Każdy z trzech dni adaptacyjnych wyglądał inaczej. Zarówno pod względem przygotowanych zajęć, jak i zachowań dzieci.


Pierwszego dnia bawiliśmy się w salach. Dzieci razem z rodzicami powoli zbierali się w sali, w tym czasie maluchy dostały czas na zabawę wszystkimi zabawkami, które znajdowały się w pomieszczeniu. Kubuś bardzo ochoczo pobiegł do zabawek. Nie minęła chyba minuta, jak oberwał od kolegi. Chłopiec chciał bawić się dokładnie tym samym co Kubuś, a że był bardziej rezolutny z całej siły odepchnął Kubka. Mój szkrab upadł na pupę i zaraz się popłakał. Szybko mu przeszło, wystarczyło, że go przytuliłam i po chwili pobiegł bawić się dalej. Jak już pojawiły się wszystkie dzieci z grupy na wstępie przygotowana została rytmika. Były tańce, gra na instrumentach i zabawy w kółeczku. Kubuś do tej pory nie miał styczności z tego typu zajęciami, na początku nie do końca wiedział jak się podczas nich zachować, ale po chwili zaskoczył i bawił się z innymi. Najbardziej spodobała mu się gra na instrumentach, uderzając pałeczką w bębenek niemal wpadł w trans, nie chciał przestać, choć po zakończonej zabawie bez protestów oddał instrument. Po rytmice dzieci przez pozostały czas miały możliwość swobodnej zabawy. Kubuś dzielnie wędrował między zabawkami i bawił się bardzo różnymi rzeczami. Cały czas radził sobie sam, ja obserwowałam go z boku. Nie będę ukrywała byłam trochę zaskoczona. Kubuś w domu praktycznie zawsze ciągnie mnie za rękę, żebym się z nim bawiła, a w przedszkolu nawet mnie nie szukał. Bawił się sam, później z dziećmi, trochę z ciociami opiekunami. Pierwszy dzień mimo małej "bójki" z kolegą można zaliczyć do bardzo udanych.



Drugiego dnia było już trochę gorzej. Co prawda na sali bawił się podobnie jak dzień wcześniej. Później były zajęcia na dworze, podczas których nie wszystkie zabawy przypadły mu do gustu. Opiekunki wymyśliły pewne zasady gier, żeby zapanować nad sporą grupą dzieci, jednak maluszki nie chyba nie do końca rozumiały dlaczego w tym momencie mają bawić się na piłkach a nie w tunelach jak inne dzieci, i podział na małe podgrupy wymyślony przez "ciocie" i maluchy wybierały sobie same co w danym momencie chcą robić. Na początku Kubuś bawił się bardzo dobrze, dużą frajdę sprawiała mu gra w piłkę i bieganie po boisku. W połowie zajęć zgłodniał, posilił się bananem i kuzyn, który będzie chodził z Kubkiem do jednej grupy chciał pobawić się z nim dużą piłką do skakania. Podał ją Kubkowi, a ten zamiast ją złapać odpił się od niej i upadł na ziemię. Nie trudno się domyślić co wydarzyło się po chwili, Kubek włączył syrenę. Okazało się, że to zdarzenie było punktem zapalnym. Do końca zajęć mój brzdąc popłakiwał, marudził, nie chciał się uspokoić. Nic nie pomagało. Nie pozostało mi nic innego jak wrócić do domu, tym bardziej że został tylko kwadrans do zaplanowanego końca zajęć. Powędrowaliśmy do samochodu, zapakowałam Kubka do fotelika i ruszyliśmy w drogę. Przejechałam do pierwszego skrzyżowania, spojrzałam na tylne siedzenie, a tam śpiący Kubuś. Już wszystko jasne, mamy wytłumaczenie Kubusiowego zachowania, po prostu chciało mu się spać.

Trzeci dzień, to taki mały test odseparowania od rodziców. Dzieci bawiły się na sali z ciociami, a rodzice czekali w szatni. Maluchy zachowywały się bardzo różnie. Jedne strasznie płakały i mamy jednak musiały z nimi być niemal przez cały czas. Inne uciekały z sali i ze śmiechem przybiegały do mamy, Panie bardzo szybko zamknęły salę na klucz, żeby ukrócić takie zachowania. Były też dzieci, które swoje emocje uzewnętrzniały nieco inaczej, np. gryząc dzieci. Zgadnijcie, kto został najbardziej pogryziony, oczywiście Kubuś. Ciocie jednak bardzo szybko same sobie poradziły z moim małym płaczkiem i o całym zajściu dowiedziałam się po fakcie, kiedy mama małego łobuza podeszła do mnie i powiedziała, że bardzo mnie przeprasza za syna. Zaskoczona nie wiedziałam o co jej chodzi, czy nadal mnie przeprasza za sytuację z pierwszego dnia, okazało się jednak że kolejny raz jej synek zaatakował Kubka. Powoli dzieci zaczęły się wykruszać, żeby nie męczyć ich za bardzo te bardziej płaczliwe wcześniej wracały do domu. Po dwóch godzinach opiekunka wyszła do rodziców dzieci które wytrwały do końca i zaprosiła ich na salę. Z dumą muszę się pochwalić, że Kubulek znajduje się na podium najdzielniejszych dzieci w grupie. Wytrzymał całe dwie godziny bez mamy, gdyby nie sytuacja z kolegą byłoby idealnie, ale niestety takie sytuacje nie są od nas zależne. Gdy weszłam do sali Kubuś pokazał mi jakimi zabawkami się bawił, nawet nie wspomniał o ranach na policzku i czole.

Dziś Kubuś został pierwszy dzień zupełnie sam w przedszkolu. Postanowiłam zostawić go na 3 godzinki. Piszę do Was, ale z tyłu głowy cały czas biegają mi myśli co u niego. Została godzinka. Póki co nie dzwonią z przedszkola, więc chyba wszystko jest ok. Ciekawe jak wygląda pierwszy posiłek mojego niejadka, czy w ogóle coś zjadł. Na pewno za parę dni napiszę Wam jak nam idzie.

A Wasze maluchy są już przedszkolakami? Jak wyglądają Wasze przedszkolne doświadczenia?

Etykiety: ,