Ozdoby wielkanocne


Urządzając mieszkanie starałam się utrzymać je w jednolitej kolorystyce, króluje kombinacja bieli z czernią, z dodatkami w kolorach turkusowym i srebrnym. Również świąteczne dodatki postanowiłam zmieścić w ramach powyższej palety kolorystycznej, w związku z tym wielkanocne ozdoby będą kombinacją bieli z turkusem. Jak to zazwyczaj u mnie bywa staram się postawić na minimalizm, wykorzystanie jak najmniejszej ilości elementów, połączonych gustownie w zgrabną całość, bez przekombinowania. Takim sposobem powstało kilka drobiazgów, które będą zdobić nasze gniazdko. 


Wizja stworzenia ozdobnego wianka chodziła za mną już od pewnego czasu. Za każdym razem jak widziałam takie w sklepie wzdychałam do nich z zachwytem. Marzyło mi się wykonanie mojej własnej wersji bożonarodzeniowej, jednak perypetie związane z Kubusiem uniemożliwiły mi to. Teraz mając nieco więcej czasu postanowiłam wyczarować małe cudeńko związane ze świętami wielkanocnymi. Bazą całości był bielony wiklinowy wianek (Nanu-Nana) do którego przymocowałam małe kępki kwiatków ze sztucznej białej hortensji (Donwil), między nimi umieściłam kilka małych jajeczek (Donwil), które pomalowałam na kolor turkusowy (Dekokreacje), pośród kwiatów zawitał również mały biało-turkusowy ptaszek (Tesco), dopełnieniem całości jest turkusowa wstążka (Nanu-Nana) z której wywiązałam kokardę i na żyłce przymocowałam wianek do karnisza. 


Śliczny mały ptaszek, który tak zdobi wianek nie przyleciał sam. Okazało się, że zamieszkało u nas kilku małych "latająch" przyjaciół. Kolejny z nich (Tesco) uwił sobie gniazdko w szklanej kuli (Donwil) również zawieszonej na karniszu. Siedząc pośród białych piórek (Donwil) zerka na nas z okna.


Nie byłoby świąt wielkanocnych bez zajączka, w związku z tym i u nas musiał zagościć ten zwinny gryzoń (Nanu-Nana). Umieszczony w szklanej misie (Nanu-Nana), na białym żwirku podgryza listki malutkiego kwiatka (Donwil), który zakwitł u jego boku, a nad nim dwa jajeczka (Pepco) dopełniają całość wielkanocnej sielanki. 


Również dekoracje, które są z nami na co dzień zyskały świąteczne oblicze. Biała misa z turkusowymi świecami została uzupełniona jajkami ozdobionymi metodą decoupage (Dekokreacje). Ten styl zdobienia stał się popularny już jakiś czas temu. Jest to świetny sposób na uzyskanie jedynych w swoim rodzaju przedmiotów, których nie znajdzie się u innych, a że ja lubię być oryginalna, to uznałam, że tak wykonane jajka w niebieskie motywy m.in. kwiatki, ptaszki, motylki (Empik), będą idealne. 


W ten sam sposób wykonałam również jajeczka w stylu marynarskim do pokoju Kubusia, które umieściłam w oknie, mocując je na żyłce do karnisza.


Ściankę łączącą salon z przedpokojem zdobią turkusowe brokatowe jajka i słoiczki (Pepco) ozdobione turkusowymi wstążeczkami (Dekokreacje).


Byłabym zapomniała o piórkowym wianku z białych piórek z niebieskimi jajeczkami (Donwil) również uzupełnionymi piórkami w tym samym kolorze. To cudeńko zdobi naszą sypialnię.

Osobiści jestem bardzo zadowolona z efektów. Udało mi się stworzyć w naszym małym rodzinnym gniazdku wielkanocny klimat, na którym mi zależało. Nie pozostaje nam nic innego jak odliczać dni do świąt.

Ozdoby wielkanocne - przygotowania


Święta zbliżają się wielkimi krokami, więc najwyższa pora ozdobić trochę mieszkanie z tej okazji. Co prawda jeszcze w tym roku nie będę organizowała świąt u nas, ale nie mogłam się oprzeć. Obudził się we mnie "pomysłowy Dobromir" i postanowiłam tegoroczne ozdoby zrobić sama. Pomysłów w mojej głowie narodziło się mnóstwo, trzeba było jednak przeprowadzić selekcję i skupić się na kilku, ale naprawdę dopracowanych w każdym szczególe. 



Jak się okazało nie tak łatwo było znaleźć elementy niezbędne do realizacji moich wizji. Konieczna była mała wycieczka po sklepach. Takim sposobem dwa zeszłotygodniowe przedpołudnia poświęciłam na poszukiwania. W rezultacie udało mi się nabyć mniej więcej wszystko na czym mi zależało. 



Teraz nie pozostaje nic innego jak zakasać rękawy i wziąć się do pracy. Aż sama jestem ciekawa jak mi pójdzie. Czy oby przypadkiem nie porwałam się z motyką na słońce. Zważywszy na to, że nigdy nie błyszczałam talentem do prac manualnych, wszystko możliwe, że moje ozdoby będą nieco koślawe. Podążając jednak za maksymą "nie święci garnki lepią" czy jak to tam szło, zabieram się do dzieła, bo od samego "gadania" nic nie powstanie. 

Picture by Me

Słoneczna witamina D


Za oknem coraz ładniejsza pogoda. Słońce, aż woła do nas, żebyśmy wyszli z domu. My z Kubusiem wykorzystaliśmy tak piękny dzień na spacer, żeby złapać promienie słońca, które są naturalnym źródłem witaminy D, tak istotnej dla naszego organizmu. To właśnie ona jest jedną z najistotniejszych witamin wpływających na prawidłowy rozwój maluchów, dlatego od urodzenia dzieciaczki otrzymują ją jako suplement diety.



Co prawda tak jak wspomniałam na wstępie istnieje możliwość dostarczania witaminy D w sposób naturalny. Dzieje się to za sprawą promieni słonecznych, które działając na prowitaminę D znajdującą się w naszej skórze powodują jej przekształcenie w witaminę D. Jednak jesienią i zimą często brak słońca utrudnia ten proces, natomiast w słoneczne wiosenne i letnie dni nie do końca można maluszki nastawiać na bezpośrednią ekspozycję słoneczną, dlatego właśnie konieczne jest korzystanie z suplementacji.

Dlaczego tak właściwie, dostarczanie witaminy D jest takie istotne? Ponieważ ma ona znaczący wpływ na kościec. To za jej sprawą wapń trafia do krwi, a następnie do kości. Witamina D wpływa na prawidłową krzepliwość krwi, mocne kości i zdrowe zęby. Większość mam witaminę D, a właściwie jej niedobór, kojarzy z krzywicą i w obawie przed nią skrzętnie pilnuje codziennego podawania "antidotum". Jest o co się martwić, następstwem niedoboru wapnia, prowadzącego do odwapnienia kości, może być właśnie krzywica, która może skutkować m.in. deformacją kości. Nie mniej istotny jest również wpływ witaminy D na prawidłowe funkcjonowanie układu nerwowego i mięśniowego oraz na odporność.


Witamina D dla najmłodszych jest w postaci płynnej. Można ją kupić zarówno w formie kapsułek twist off lub jako pojemnik z kroplomierzem. Ja początkowo kupiłam twisty w aptece internetowej w której tego typu kapsułki są dużo tańsze niż w aptekach stacjonarnych. Któregoś dnia przeglądając blogi parentingowe trafiłam na ciekawą informację, a mianowicie że można otrzymać od pediatry receptę na witaminę D, dzięki czemu można sporo zaoszczędzić. Zaskoczona takimi wieściami postanowiłam sprawdzić czy tak jest w rzeczywistości.  Okazało się, że faktycznie można dostać taką receptę od pediatry, pojemnik z kroplomierzem kosztował mnie 4,30 zł i starcza mi na 30 dni. W porównaniu z wcześniej kupowanymi twistami, które nabyłam za 16,19 zł i starczają mi na 90 dni, zakup witaminy D na receptę daje oszczędność mniej więcej miesięcznej "kuracji".



Nie chcę rozpisywać się o dawkowaniu witaminy D ze względu na to, że takie kwestie należy ustalać z lekarzem prowadzącym naszego maluszka.

Zachęcam wszystkie młode mamy, żeby pamiętały o suplementacji witaminy D i o spacerach z dzieciaczkami, bo to jak widać ważna sprawa dla naszych pociech, mimo że nadchodząca wiosna daje nadzieję na cieplejsze dni i dłuższe wypady z dziećmi na łono natury.



Teksty źródłowe:
  1. BabyOnline.pl - Witamina D dla maluszka
  2. Parenting.pl - Witamina D3 dla niemowląt
  3. Mjakmama24.pl - Witamina D dla niemowląt - od kiedy, w jakich dawkach podawać ją dziecku?
Picture by Me

Szczoteczka soniczna - Philips Sonicare EasyClean


"Szczotka, pasta, kubek, ciepła woda, tak się zaczyna wielka przygoda ...". Tak tak, dziś o jednej z najważniejszych czynności wykonywanej nawet kilka razy dziennie przez każdego z nas, bo nie znam osoby, która nie myłaby zębów chociaż 2 razy dziennie. Niby taka prozaiczna czynność, a jak istotna dla naszego zdrowia. Dziś chciałam napisać nie tyle o samym myciu i jakie ono jest ważne, co o tym czym warto to robić. Ja do tej pory jako tradycjonalistka nie wyobrażałam sobie mycia zębów inną szczoteczką, niż te ogólnodostępne w każdym markecie czy drogerii. Wychodziłam z założenia, że nie muszę wydawać mnóstwa pieniędzy, żeby zadbać o moją jamę ustną. Od dłuższego czasu mój małżonek namawiał mnie na zakup szczoteczki elektrycznej, z której on korzystał i był bardzo zadowolony, ja twardo obstawiałam przy swoim i pozostawałam przy tradycji. W zeszłym roku, A. postanowił przejść na kolejny etap przygody z myciem zębów i zaczął się rozglądać za jeszcze nowszymi modelami szczoteczek do zębów. Ja tylko stukałam się w czoło, że nie ma na co wydawać kasy, jakby nie miał innych ważniejszych wydatków na głowie. On jak to on, drobnymi kroczkami, lecz konsekwentnie podążał do swojego celu. 



Takim oto sposobem pod choinką obydwoje znaleźliśmy dwa nowiutkie modele "Philips Sonicare EasyClean". Jak zobaczyłam, czym "Mikołaj" obdarował mnie w tym roku, od razu przeszła przez moją głowę myśl "no i musiał postawić na swoim", ale cóż jak już mam to cudo, na które zostały wydane nie małe pieniądze to trzeba z niego korzystać. Nie powiem, nie była to miłość od pierwszego użycia, nie od razu przypadły mi do gustu drgania, które emituje szczoteczka soniczna podczas jej użytkowania. Jednak z biegiem dni, coraz bardziej się do niej przyzwyczajałam i dziś ... nie wyobrażam sobie, żebym miała jej nie mieć. W tym miejscu muszę zwrócić "humor" mojemu mężusiowi, tak tak, to nie żart, miał rację, taka szczoteczka to świetny nabytek i teraz tylko zastanawiam się jak ja mogłam funkcjonować wcześniej bez niej. 



Kształtem przypomina normalną szczoteczkę, nie tak jak elektryczne, które mają małą rotacyjną główkę. Mierzy mi czas jak długo mam szczotkować zęby, dzięki funkcji "smartime" i co fajne, również sygnalizuje kiedy przejść do mycia kolejnej ćwiartki szczęki, to za sprawą funkcji "quadpacer".  Nasze szczoteczki dysponują tylko jednym trybem pracy - Clean, który jest najbardziej podstawowym znanym w szczoteczkach sonicznych firmy Philips. Mi, tej sceptyczne która tak naprawdę nie do końca była przekonana do zakupu takich szczoteczek, póki co odpowiada posiadanie tylko jednego trybu pracy, wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc kto wie, czy za jakiś czas nie zmienimy naszych stosunkowo nowych nabytków, na lepszy model. Philips przygotował dla swoich klientów szeroką gamę produktów w kolekcji Sonicare, o których można poczytać na specjalnie jej poświęconej stronie. Ja od siebie mogę dodać jedynie tyle. Kto nie spróbuje, ten niech żałuje. Po 3 miesiącach użytkowania moje ząbki stały się bielsze i gładsze niż po stosowaniu tradycyjnych szczoteczek. Nie powiem, że już nigdy nie użyję tradycyjnej szczoteczki, bo soniczna nie zmieści się do mojej mini kosmetyczki wyjazdowej, do której mieści się fajna składana turystyczna szczoteczka tradycyjna. Jednak w domu Philips Sonicare jest na pierwszym miejscu.

Zwężenie odźwiernika


Jakiś czas temu szumnie ogłaszałam powrót do blogowania, po czym znów zniknęłam na dłuższy czas. Wszystko to za sprawą problemów zdrowotnych mojego synka. Już miesiąc po urodzeniu Kubusiowi zdarzało się wymiotować po jedzeniu. Jako pierworódka bez doświadczenia, spanikowana poleciałam z tym do lekarza, który początkowo chciał mi wmówić, że to pewnie ulewanie, a nie wymioty. Poprosiłam go o zdefiniowanie obydwu pojęć, po czym oznajmiłam, że to na pewno wymioty. Lekarz nie widząc wyraźnych powodów takich objawów wysłał nas na USG jamy brzusznej i dał skierowanie na badanie moczu. Podczas USG nie stwierdzono nic niepokojącego, natomiast w moczu wyszły liczne bakterie. Lekarze zajęli się bakteriami, uznali że to zakażenie układu moczowego, podjęli leczenie pod tym kątem, faszerowali antybiotykami, a coraz częstsze wymioty bagatelizowali.

Kiedy mój szkrab przestał przybierać na wadze, lekarka doszła do wniosku, że pewnie to refluks i spróbujemy temu zaradzić używając specjalnego mleka przeciw ulewaniu. Mimo, że wspomniałam, że Kubuś już jest na mleku A.R., bo sama mu je wprowadziłam, lekarka pozostała przy swoich zaleceniach. Maksymalną porcją jaką zjadał było 90 ml, mimo że zgodnie z zaleceniami żywieniowymi dla niemowląt karmionych mlekiem modyfikowanym w tym okresie powinien już zjadać 120 ml. Ta niewielka porcja i tak była dla niego za dużą, żeby mógł ją zjeść jednorazowo. Robiliśmy przerwy na odbicie przez co posiłek zajmował nam niemal godzinę. Z odbiciem też nie było łatwo, na początku było ładnie, z dnia na dzień odbijanie zanikało, natomiast niemal każdą próbę odbicia zastąpiły chlustające wymioty. Mały już prawie po każdym posiłku chlustał to co zjadał. Zaraz po przebudzeniu z drzemki, w trakcie przewijania, które zawsze robiłam przed jedzeniem w obawie przed kolejnymi wymiotami. O zabawie nie było mowy, każde ruchy nóżkami czy śmiech naszego szczęścia wywoływały reakcje wymiotne. Tak istotne dla prawidłowego rozwoju dziecka kładzenie na brzuszku nie wchodziło w rachubę, przy każdej próbie strasznie płakał, a o podnoszeniu główki mogłam sobie tylko pomarzyć.


Mały robił się coraz słabszy i chudszy, a ja byłam coraz bardziej zaniepokojona. Stwierdziłam, że tak nie może być i postanowiłam skonsultować to z kolejnym lekarzem, tym razem prywatnie. I w końcu udało nam się trafić na osobę, która nam pomogła, dzięki której Kubulek trafił znów do szpitala, w którym go skutecznie wyleczyli.


Okazało się, że to ani nie było zwykłe ulewnie, ani też później podejrzewany refluks, tylko zwężenie odźwiernika. Schorzenie leczy się tylko i wyłącznie operacyjnie. Kubuś był już w takim stanie, że lekarze w szpitalu podjęli decyzję o operacji w przeciągu 2 dni. Te dni potrzebne było po to, aby przed operacją podać kroplówki z mikroelementami, które wzmocniły mocno osłabiony organizm. Tygodniowy pobyt w szpitalu nasz skarb zniósł bardzo dzielnie. Poza samą operacją najgorsze dla niego było ponowne wprowadzanie posiłków. Następnego dnia po operacji dostał 10 razy po 10 ml glukozy, kolejnego 10 razy po 10 ml mleczka, później 10 razy po 20 ml, oczywiście równocześnie dostawał kroplówki, ale mimo wszystko takie minimalne porcje, były dla Kubusia stanowczo za małe. Strasznie się buntował, chciał więcej, wylane łzy można było liczyć na hektolitry. Mi serce się krajało, ale wiedziałam, że to wszystko dla jego dobra. Nie można było od razu wprowadzić normalnych porcji, bo w końcu była to operacja na żołądku. Lekarze sprawdzali czy podczas stopniowego zwiększania porcji jedzenia, mały nie będzie przypadkiem znów wymiotował, ale wszystko było w porządku. Gdy wprowadzili mu kolejnego dnia 7 porcji po 40 ml już było trochę lepiej i aż tak nie płakał. Po prawidłowym przyjęciu 7 porcji po 60 ml wypisali nas do domku.


Teraz Kubuś jest już półtora miesiąca po operacji. Zjada 7 porcji po 150 ml i jeszcze mu mało. Zrobił się z niego straszny żarłoczek. Ładnie przybiera na wadze i w końcu może spokojnie bawić się wierzgając nóżkami. Od powrotu do domu ani razu nie zwymiotował. Owszem zdarza mu się nieraz ulać, ale ulewanie to normalne u niemowląt, w przeciwieństwie do wymiotów. 

Pisząc tego posta nie miałam na celu żalenia się jak mi jest źle i mówienia jaki to mój synuś jest biedniusi. Chciałam przestrzec mamy, które borykają się z podobnym problemem, a lekarze u których szukają pomocy nie biorą pod uwagę zwężenia odźwiernika. Czasem warto przypomnieć lekarzowi o takim schorzeniu, bo może przypadkiem umknęło mu, że coś takiego istnieje przez to, że jest to niezbyt popularna choroba. Wystarczy zrobić USG sprawdzające jak wygląda sytuacja z odźwiernikiem i już wszystko jasne, czy to to czy trzeba szukać przyczyny wymiotów dalej.